czwartek, 29 października 2009

Szal. Mam szal !!!



Uporałam się z tegorocznym szalikiem (a raczej szalem, bo jest spory - sięga od podłogi do mojego czoła:)). Zdążyłam w sam raz na tegoroczne chłody przewidywane na Wszystkich Świętych. A, że mamy do odwiedzenia aż trzy cmentarze, od jednego końca Trójmiasta do drugiego, to taki szal mi się bardzo przyda.
Jestem naprawdę z niego zadowolona. Chociaż robiłam go i robiłam, to wyszedł tak jak chciałam. Musicie mi uwierzyć na słowo, że ma głęboki, czarny kolor. Jest bardzo ciepły i niesamowicie mięciutki. Na tegoroczny szalik miałam włóczkę z merynosów, bardzo dobrą gatunkowo. Już dziergając czułam, że jest miła w dotyku, ale gdy po ukończeniu „dzieła” wypłukałam je w Lenorze, aby wzór ładnie się ułożył, po wysuszeniu, szalik zrobił się jeszcze bardziej milutki.
Jak już pisałam tutaj, nie mam czasu na robienie na drutach, a bardzo to lubię. Kiedyś, jeszcze w podstawówce i szkole średniej drutowałam bardzo dużo. Po kilka swetrów rocznie, do tego szaliki, getry, opaski na głowę itp. Teraz ograniczam się do minimum, ponieważ nie chciałabym całkiem zrezygnować z tego zajęcia. Jeszcze trochę i zacznę myśleć nad następnym szalem. Bo na swetry nie mam czasu ...

Dodam jeszcze wzór dla chętnych. Pochodzi on z "Sandry" nr 2 / 2007. Pierwotnie był to Model 33 - "ażurowy sweter w kolorze miętowym z szydelkową koronką"
Ja na szal nabrałam 115 oczek. W tym wzorze musi być liczba oczek podzielna przez 16 + 1 + 2 brzegowe.





środa, 28 października 2009

Orzechowiec z kajmakiem kawowym



Siedzę w kuchni i wyjadam śliwki z kompotu. Bartek w lesie z karabinem dzielnie walczy z wrogiem. Czołganie się w krzakach i celowanie zza drzewa z karabinu widzę oczami wyobraźni. Zrobię coś słodkiego. Będzie akurat jak przyjdzie.
Krzyś z ćwiczeniami i piórnikiem przyszedł do kuchni robić lekcje. Mam pomocnika w wymyślaniu co by tu upiec. Padło na orzechy włoskie. Te pierwsze, młodziutkie orzechy do ciasta zwykle kupuję już łuskane. Mam wtedy co najmniej trzy kwadranse czasu w kieszeni. Kupując łuskane orzechy na początku ich sezonu mam pewność, że nie są zwietrzałe. Wyłuskane zostały całkiem niedawno. Są jasne i łatwo schodzi z nich skórka - dla niektórych to jest istotne, bo lubią obierać orzechy z gorzkawej skórki i dopiero wtedy jeść.
Później, zimą, kupuję całe orzechy, w łupinach. Ciasto ze świeżo wyłuskanych orzechów to jest dopiero ciasto!
Dzisiaj zapraszam na moje pierwsze w tym roku ciasto orzechowe. Jest treściwe i syte. Kajmak z dodatkiem kawy doskonale współgra z całością. Jeśli wiemy, że ciasta nie będą jadły dzieci, można na koniec gotowania kajmaku dodać 2 łyżki rumu.



Orzechowiec z kajmakiem kawowym
blacha 35 x 25 cm

Ciasto
250 g masła
180 g cukru
4 jajka
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
2 łyżki mleka
300 g zmielonych orzechów włoskich
250 g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia


Kajmak
375 ml mleka zagęszczonego niesłodzonego
120 g cukru
3 łyżki łagodnego miodu
2 łyżeczki proszku kawy rozpuszczalnej
100 g masła
opcjonalnie - 2 łyżki rumu lub ulubionego winiaku


Ciasto:
Masło utrzeć z cukrem na puszystą masę. Dodawać po jednym jajku. Po każdym jajku dokładnie zmiksować. Dodać wanilię. Zmiksować. Przesianą mąkę z proszkiem do pieczenia dodawać do ciasta stopniowo na przemian z startymi orzechami. Po każdej partii dodatków wymieszać mikserem nastawionym na najniższe obroty. Miksować tylko do momentu połączenia się składników.
Gotowe ciasto wyłożyć na blachę z papierem do pieczenia i piec około 20 min w temp. 200°C.

Kajmak:
W garnku z grubym dnem zagotować cukier z mlekiem i miodem. Gotować 20-30 min ma małym ogniu aż masa zgęstnieje. Często mieszać. Jak masa zacznie gęstnieć mieszać jeszcze częściej, a ostatnie kilka minut mieszać stale. Zdjąć z palnika, dodać kawę i masło oraz ewentualnie alkohol. Wymieszać aż kawa i masło się rozpuszczą. Wystudzić, najlepiej wkładając garnek z kajmakiem do dużej miski z wodą z lodem, aby szybciej wystygł. W tym czasie kajmak będzie jeszcze gęstniał. Zimnym kajmakiem posmarować wystudzone ciasto i całość wstawić do lodówki do stężenia.
Wyjąć z lodówki dobrą chwilę przed jedzeniem. Najlepiej smakuje w temperaturze pokojowej.

niedziela, 25 października 2009

Dynia w syropie imbirowym






Wiele smaków, jak też mój obecny gust kulinarny wyniosłam z domu rodzinnego, w którym była mieszanina smaków z dwóch przeciwległych krańców Polski - północy i południa. Jednak dyni nigdy w domu Rodziców nie widziałam. Pomimo tego,że nie tylko Mama, ale i Tata mieszał w garnkach, można by się spodziewać podwojonej, a przynajmniej zwiększonej ilości smaków i składników. Owszem, repertuar smaków i dań był bardzo urozmaicony, ale jakoś zawsze omijał dynię.
W moim własnym domu zresztą też dynia nie gościła, do momentu, kiedy to podczas zeszłorocznego dyniowego święta podglądałam cudeńka, jakie powstawały w Waszych kuchniach i wreszcie sama się skusiłam nabyć pierwszy kawałek dyni w swoim życiu. Robiłam już pumpkin pie i zupę dyniową. Ale najbardziej zasmakowała mi dynia w wersji, którą dzisiaj prezentuję. Z okazji tegorocznego Festiwalu Dyni zorganizowanego przez Beę postanowiłam wtrącić też moje trzy grosze i podzielić się z Wami tym przepisem. Dynię przygotowaną w ten sposób można traktować jako lekki lunch, kolację lub podać jako dodatek do obiadu. Dobrze smakuje i na ciepło i na zimno. Zapraszam!



Dynia w syropie imbirowym
Świat Kobiety - listopad 2008
2 porcje

0/5 małej dyni (ø około 25 cm)
2 łyżki płynnego miodu o wyrazistym smaku (gryczany lub lipowy)
2 łyżeczki soku z cytryny
0/5 łyżeczki świeżo startego imbiru
3 łyżki orzechów włoskich
1 łyżka migdałów
pieprz
4 łyżki gęstej śmietany 18%


Dynię obrać, pokroić na mniejsze kawałki, usunąć nasiona. Miąższ pokroić w małą kostkę. Włożyć do garnka i zalać 0/5 szkl wody. Dusić do miękkości około 10 min.
Orzechy i migdały posiekać i uprażyć na patelni bez tłuszczu.
Do miękkiej dyni dodać imbir, sok z cytryny i miód. Chwilę podgrzewać, aż składniki się połączą. Dynię przełożyć na talerz za pomocą łyżki cedzakowej. Polać sosem. Udekorować kleksem śmietany, posypać orzechami i świeżo mielonym pieprzem.

piątek, 23 października 2009

Pachnąca babka z kardamonem i pomarańczą



Z nadejściem jesieni, z chwilą przestawienia zegarków na czas zimowy zmienia się nastrój w moim domu. Ze świeżego, lekkiego i słonecznego, na bardziej senny, spokojny, przytulny. W czasie, gdy szaro i zimno na dworze, u mnie jest ciepło i pachnie cynamonem. Dom nabiera charakteru rodem z piosenki Hanny Banaszak „W moim magicznym domu”. Jest jakaś magia w tej piosence. Słucham jej często jesienią i zimą, bo potrafi rozgrzać duszę. Od wczesnych klas podstawówki zawsze lubiłam tą piosenkę. Pięknie oddaje nastrój domowego ogniska.
Z ciepłem, takim domowym i rodzinnym nierozłącznie kojarzy mi się światło. Małe lampki na stolikach nocnych, lampki na komodzie, kinkiety na ścianie. W czasie chłodów szczególnego znaczenia nabiera dla mnie kuchnia. Staje się jeszcze bardziej ukochana. Po zmroku opuszczam rolety, włączam światło rozjaśniające całe pomieszczenie i małe halogenki nad blatem i kuchenką. Sztuczne światło pomaga mi się skupić i wyciszyć. To tutaj wtedy najchętniej piszę notki blogowe, robię na drutach, czytam. I gotuję. Zapachy z kuchni oświetlonej światłem innym niż słonecznym są po stokroć spotęgowane. Curry, cynamon, ciasto drożdżowe, czy gotujący się budyń nabierają zupełnie innego wymiaru. I choć przepisy te same, to jednak smakuje inaczej.
... A dzisiaj u mnie pachniało kardamonem i pomarańczą. Do babki dałam mąkę krupczatkę i dzięki temu upiekłam najbardziej puszystą babkę jaką jadłam!!!
„Gościu znużony, gościu znudzony, jeśli zabłądzisz kiedyś w te strony zajrzyj tu do nas koniecznie”
Zapraszam!





Babka z kardamonem i pomarańczą
mała foremka babkowa
Długa keksówka - należy podwoić porcję i dłużej piec

10 dkg cukru
3 jajka (żółtka i białka osobno)
10 dkg miękkiego masła
10 dkg mąki krupczatki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżka startej skórki z pomarańczy
0/5 łyżeczki zmielonego kardamonu

Żółtka z cukrem utrzeć na puszysty kogel-mogel. Dodawać partiami masło i utrzeć na gładką masę. Przesiać mąkę z proszkiem, dodać skórkę i kardamon i utrzeć na najniższych obrotach miksera lub łyżką do połączenia się składników. Na końcu delikatnie wmieszać ubitą ze szczyptą soli pianę z białek. Ciasto przełożyć do foremki i piec około 40 min w temp. 175°C.
Posypać cukrem pudrem.

środa, 21 października 2009

Shepherds pie, czyli zapiekanka pasterska



Shepherds pie, lub po polsku, zapiekanka pasterska, jest jednym z moich ulubionych jesienno-zimowych obiadów. Choćbym chciała, nie udałoby mi się doszukać w nim wad. Danie robi się błyskawicznie (a nawet jeszcze szybciej, jeśli ktoś ma w zamrażarce przygotowane porcje sosu bolognese), jak we wszystkich zapiekankach - brudzimy minimalną ilość naczyń, ale najważniejszą zaletą jest oczywiście smak! Wydawałoby się, że mięso mielone przygotowane jak do spaghetti bolognese nie będzie pasować do ziemniaków, a jednak pozory mylą:) Mięsno-pomidorowy sos z aksamitną warstwą ziemniaków puree smakuje niesamowicie. Zapiekanka pasterska jest wprost stworzona do ogrzania zziębniętych domowników i wprawienia ich w błogi nastrój. Już sam zapach wydobywający się z piekarnika zdradza nam, że za chwilkę zostaniemy nakarmieni czymś przepysznym. Lekko pachnąca czosnkiem, mocno pachnąca wędzonym boczkiem i pomidorami micha jedzenia to dla mnie comford food. Zapach i smak tej zapiekanki pomaga mi przetrwać szarobure, mgliste jesienne dni.

P.S. A wiecie jaka dobra jest ta zapiekanka na zimno, wyjadana prosto z miski? Ja wiem ... i to bardzo dobrze:)))
Ja do tej zapiekanki używam sosu bolognese, który przygotowuję w większej ilości i zamrażam. Czasami seler naciowy zamieniam na dużą garść mrożonego zielonego groszku.
Przepis na całą porcję podawałam tutaj. Dzielę ją na 3 części, a do zapiekanki biorę jedną z nich lub innymi słowy 1/3 porcji.



Shepherds pie czyli zapiekanka pasterska
naczynie żaroodporne ø 18 - 20 cm
porcja na 3 osoby

1/3 porcji sosu bolognese
450 g ziemniaków
masło i mleko do przygotowania purree
szczypta startej gałki muszkatołowej
1/4 startego ząbka czosnku
2 łyżki startego żółtego sera o łagodnym smaku

Piekarnik nagrzać do 180°C. W naczyniu żaroodpornym rozłożyć równą warstwą sos bolognese zmieszany z 1 łyżką startego sera. Przygotować puree. Nie musi być ono wykonane profesjonalnie przez podgrzanie masła z mlekiem. Wystarczy zwyczajnie rozgnieść ziemniaki, dodać masła, trochę mleka, gałkę i czosnek i wymieszać. Ziemniaki rozłożyć na warstwie mięsa. Posypać druga łyżką sera i włożyć do piekarnika na 25 - 30 min.
Gotowe!

sobota, 17 października 2009

Melting moments



Co roku mniej więcej w tym czasie jestem podekscytowana wizją posiadania nowego szalika:) Szaliki te nie biorą się jednak ze sklepu, lecz wychodzą spod moich rąk, a raczej drutów. Cały proces zaczyna się już w okolicach maja. Przeglądam wtedy czasopisma i strony internetowe poświęcone robótkom ręcznym i obmyślam wzór, kolor itp. Następnie kupuję włóczkę i drutuję po troszeczku ( z braku czasu) przez kilka miesięcy. Nadchodzi wreszcie długo wyczekiwany moment zakończenia produkcji, schowania supełków i wypłukania gotowego dzieła w pachnącym płynie. Niestety w tym roku drutuję i drutuję i końca nie widać. Na razie więc wyciągnęłam z szafy zeszłoroczny szalik i zanim powędruje do pojemnika Caritasu, będę zmuszona nim się obwiązywać. Inauguracja nastąpiła już dzisiaj z rana, kiedy to jechałam po zakupy na halę. Rękawiczki też były w użyciu, a mimo to ręce miałam skostniałe. O ile wędrując od straganu do straganu da się warzywa i owoce wybierać dłońmi odzianymi w rękawiczki, to już płacić niestety się nie da...



Gdy słupek rtęci w termometrze za oknem spada na łeb, na szyję, instynktownie oprócz ciepłych ubrań i rozgrzewających wypieków z cynamonem, sięgam do przepisów na ciasteczka. Bardzo im po drodze z kubkiem herbaty lub kawy, kanapą, kocem i małym nikłym światełkiem z lampy na komodzie.

Melting moments. Jakbym mogła nie upiec ciasteczek o tak miłej nazwie? Ciasteczka naprawdę rozpływają się w ustach, a dla kontrastu mają chrupiącą otoczkę. Wersja Old Fashion, którą przetestowałam, zawiera smalec zamiast masła. Ci, którzy nie używają smalcu, mogą spróbować zamienić go na masło w tym przepisie (myślę, że konsystencja ciasteczek na tym nie ucierpi).
Ciastka można obtoczyć również w płatkach owsianych lub wiórkach kokosowych, lecz ubrane w płatki kukurydziane, według mnie, najładniej się prezentują i najbardziej chrupią:).



Melting moments
około 16 szt.
inspirowane przepisem z Little book of afternoon Teas by Rosa Mashiter

125 g mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
65 g smalcu
75 g cukru
1 jajko
kilka kropel esencji waniliowej
3 duże garście pokruszonych płatków kukurydzianych


Utrzeć smalec z cukrem na puszysty krem. Dodać jajko i dobrze utrzeć. Wmieszać mąkę i esencję waniliową. Masę podzielić na kulki wielkości orzecha włoskiego, obtoczyć w płatkach kukurydzianych. Ciasteczka ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i piec 10 min w temp.190°C.

piątek, 16 października 2009

Ciepło, cieplej, gorąco!




Mimo, że rok szkolny w pełni, dopiero teraz udało się nam wygospodarować czas na urlop. Spędziliśmy gorący i słoneczny tydzień na pięciogwiazdkowym campingu La Marina koło Alicante w Hiszpanii.
Tegoroczne wakacje były pod znakiem totalnego lenistwa. Po raz pierwszy absolutnie nic nie zwiedziliśmy, a nasz czas wypełniały „wędrówki” plaża - basen (raczej baseny:)) - restauracja oraz podejmowanie ważnych decyzji typu „ czy czytać gazetę, czy skakać przez fale, czy budować falochron czy może zamek?
Och, mówię Wam, tego nam było trzeba. Takiej gigantycznej laby!!!





Wieczorami, po spłukaniu z siebie ton piasku szliśmy do jednej z okolicznych restauracji. Odkryliśmy przy tej okazji jedną, zupełnie niepozorną z wyglądu restaurację pod nazwa Tio Pepe, gdzie podają najlepszego na świecie łososia z grilla. Nigdzie przedtem nie jadłam czegoś tak pysznego! (Przepraszam Mamę, Teściową, wszystkie Ciocie i inne kucharki, ale taka jest prawda - tam podają najlepszego łososia!):)
Poszliśmy tam zachęceni śpiewem i grą na gitarze lokalnego artysty, który cudnie śpiewał hiszpańskie piosenki zarówno romantyczne jak i w rytmie flamenco. W końcu nawet kupiliśmy jego płytę:)




Każdego ranka budził nas śpiew ptaków, które nic sobie z tego nie robiły, że w namiocie kilka metrów pod nimi ktoś chce jeszcze spać:) Oczywiście nie mówię tego w gniewie, bo taka pobudka należy do najprzyjemniejszych na świecie :) W oddali dało się słyszeć dźwięki muzyki, w takt której panie ćwiczyły aerobik przy basenie pod okiem przystojnego, baaardzo opalonego instruktora;)
Dzień zaczynaliśmy od pysznej kawy w cafeterii, a później obowiązkowa wizyta w campingowym supermarkecie celem nabycia cieplutkiej i chrupiącej bagietki, która znikała w naszych brzuchach w drodze na plażę lub stanowiła przekąskę podczas szaleństw na basenie. Po całodziennym pobycie w wodzie, jak już wyżej wspomniałam, szliśmy doprowadzić się do porządku i następowała narada rodzinna gdzie byśmy dziś wieczorem zjedli kolację. W większości przypadków wygrywała Tio Pepe, (wędrowaliśmy tam przy akompaniamencie cykad ) choć ta hotelowa też nie była niczego sobie. Była w odróżnieniu od Tio Pepe elegancka, ze śnieżnobiałymi lnianymi serwetkami kładzionymi na kolanach i bardzo przestronna, dostosowana wymiarami do ogromnego campingu.

Camping La Marina, to pokaźnych rozmiarów teren, gdzie są parcele dla namiotów i camperów (najmniejsze parcele mają 70 m kw.) oraz drewniane domki w pięciu rozmiarach mające wszystko co potrzeba od pościeli, przez kuchenkę aż po sztućce. Wielkie, przepiękne łazienki z suszarkami do włosów sprawiały, że czuliśmy się jak w luksusowym hotelu. Do węzła sanitarnego należy też pralnia z pralkami, suszarką bębnową i żelazkiem oraz zmywalnia. Alejki campingu otaczają palmy daktylowe, bananowce, fikusy i hibiskusy mające wielkie kolorowe kwiaty. Wprost tropikalny ogród stworzony do odpoczynku!



A jak to się stało, że padło na to miejsce? Camping znalazłam zupełnie przypadkiem oglądając hotele i apartamenty do wynajęcia w Alicante. Któraś z kolei pozycja w wyszukiwarce „googlowej” to był właśnie ten camping. Poczytałam, pooglądałam, namówiłam rodzinkę i już! A dlaczego Alicante? Ponieważ z miejsc ciepłych i słonecznych, a tylko takie braliśmy pod uwagę, wygrało Alicante, dokąd jest wręcz idealne połączenie z Gdańska. Mieliśmy bezpośredni samolot Ryanair z Rębiechowa do Alicante, a później 20 km z lotniska i jesteśmy na campingu. Zamawiając bilety lotnicze w dużym wyprzedzeniem cena jest naprawdę bardzo atrakcyjna.
Cały ten wpis pewnie brzmi jak jedna wielka reklama La Marina, ale naprawdę jest to miejsce godne polecenia! Oprócz Alicante warta zwiedzenia jest też Cartagena oddalona tylko o 70 km od campingu.
Kogo przekonałam, mówię od razu, że miejsce trzeba rezerwować!

poniedziałek, 5 października 2009

Puszyste maślane bułeczki z twarogiem




Dziękuję Wszystkim za życzenia powrotu do zdrowia. Czuję się już znacznie lepiej:)))
Doszłam szybko do siebie dzięki opiece moich dwóch wspaniałych Panów (o czym nie omieszkał Was poinformować Bartek:)), ale również dlatego, że jednego dnia choroby (tego najgorszego) oddałam się totalnemu nicnierobieniu, w związku z tym spokojnie sobie zdrowiałam. Leżałam i czytałam „Kochanicę Francuza” Johna Fowlesa. Gdyby nie to, że oczy mnie szczypały, to połknęłabym całą książkę jednego dnia:)
Już jest na tyle dobrze, że mogę usiąść do komputera i napisać parę słów.
No to do dzieła!
Przypomniałam sobie jeszcze przed przeziębieniem, że nasza Droga Alicja zachwalała latem bułeczki - drożdżówki . Jedne z nich upieczone były na mące krupczatce (z przepisu Krystyny 9). Ala mówiła, że zamiana całej ilości lub podmiana części mąki zwykłej na krupczatkę daje wspaniałe efekty.
Miałam okazję wypróbować krupczatkę w cieście drożdżowym piekąc maślane bułki z twarogiem z przepisu znalezionego w przepastnej szufladzie u mnie w kuchni:) I bardzo się cieszę! Bułki wyszły tak puszyste, że gdyby tylko mogły, chyba unosiłyby się nad ziemią.

Puszyste maślane bułeczki z twarogiem
12 szt.

Ciasto:
30 g świeżych drożdży
50 g cukru
250 ml letniego mleka
500 g mąki krupczatki
1/4 łyżeczki soli
2 średniej wielkości jajka w temp. pokojowej
100 g roztopionego, letniego masła

Masa twarogowa:
200 g twarogu do serników
2 żółtka
1 łyżka miękkiego masła
50 g cukru
1/2 łyżeczki ekstraktu waniliowego

W półlitrowym garnuszku rozetrzeć drożdże z cukrem. Powoli dolewać mleko i wymieszać je z drożdżami. Rozczyn przykryć folią spożywczą i zostawić do wyrośnięcia.
Mąkę z solą wsypać do miski, dodać wyrośnięty zaczyn, jajka i wyrobić ciasto tak długo, aby zaczęło odchodzić od brzegów miski. U mnie konieczne było dodanie 1 łyżki mąki. Wyrabiam zwykłym mikserem ze ślimakowymi końcówkami. Następnie wlać masło i miksować do momentu, aż dobrze się połączy z resztą składników, a ciasto będzie gładkie i błyszczące.
Miskę przykryć folią spożywczą i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia, aż podwoi objętość.
Wyrośnięte ciasto wyłożyć na blat wysypany mąką, chwilę wyrobić i podzielić na 12 równych części. Dużą prostokątną blachę wyłożyć papierem do pieczenia i ułożyć na niej okrągłe, lekko spłaszczone bułeczki po 3 sztuki w 4 rzędach. Przykryć i zostawić do wyrośnięcia na około 20 min. W tym czasie nagrzać piekarnik do 220°C i przygotować masę twarogową.
Gdy bułeczki wyrosną, natłuszczonym dnem wąskiej szklanki lub palcami, w każdej bułeczce zrobić wgłębienie i w utworzony dołek łyżką nałożyć masę. Piec 10 min w temp. 220°C, zmniejszyć temp. do 200°C i piec jeszcze 7-10 min. Gdy bułki się za szybko rumienią, po pierwszych 10 minutach przykryć je folią aluminiową. Po upieczeniu odczekać 10 min i wyjąć z formy. Studzić na kratce.

Masa:
Żółtka utrzeć z masłem i cukrem do białości. Dodać, twaróg, wanilię i utrzeć na gładką masę. Będzie ona dość rzadka, ale to nie szkodzi.



piątek, 2 października 2009

obiad inaczej

Dzisiaj będzie mniej typowy wpis. Może „typowy wpis” to nie jest jakieś specjalnie trafione określenie, ale już „nietypowy” całkiem nieźle oddaje atmosferę dzisiejszego dnia i obiadu.
Otóż, jak to bywa jesienią, Kasia leży w łóżku z przeziębieniem i wszystkie obowiązki spadły na nas. I tak, po skończeniu szkoły poszliśmy z Krzysiem zrobić zakupy na obiad. Przeglądając półki sklepowe postanowiliśmy przyrządzić zupę z deserem. Muszę przyznać, ze zarówno zakupy jak i przygotowanie przysporzyło nam obu dużo satysfakcji i zabawy. A najbardziej zabawna była mina Kasi jak zobaczyła co jest na obiad :) Zarówno obiad jak i deser doskonale oddają moje umiejętności kulinarne :)
Proponuje przejść do konkretów - na obiad każdy dostał zupę w innym smaku. Krzyś rosół, Kasia pomidorową (bo jakżeby inaczej, taka fanka pomidorów) a mi trafiła się jakaś pikantna (pierwotny smak chyba nie ma tu znaczenia). Na deser była miska pełna niespodzianek (czyli mix mentosów z orzechami w czekoladzie). Cud-miód, palce lizać (tylko pod żadnym pozorem nie wolno czytać składu posiłków, hahaha).



Przepis (porcja na 3 osoby):
3 opakowania zupy
Bierzemy zupę, otwieramy wieczko do połowy, zalewamy wrzątkiem, zamykamy, czekamy 3 minuty, mieszamy i jemy. Tym co nie lubią parzyć sobie przełyku polecam dodać trochę chłodnej wody (może być zwykła przegotowana, może być mineralna, może być nawet gazowana - ta ostatnia dodaje bardzo ciekawego, lekko kwaskowego posmaku).

Mam nadzieję, że następny wpis będzie już bardziej pasował klimatem :)
Pozdrawiam wszystkie Czytelniczki i wszystkich Czytelników,
Bartek