wtorek, 29 września 2009

Moje ulubione ciasto marchewkowe




Mój pierwszy kontakt z ciastem marchewkowym miał miejsce 14 lat temu. Było to w Anglii przy okazji zwiedzania któregoś z ogrodów na południowym wschodzie.
System zwiedzania ogrodów miałam zawsze podobny: już przy bramie wyciągałam z torby aparat, kartkę i ołówek i tak wyposażona spacerowałam alejkami. Bez pośpiechu, jednocześnie chłonęłam piękno całości i skupiałam się na szczególe. Na kartce notowałam to, co uwieczniłam na zdjęciu i co znajduje się na której klatce filmu (od 1 do 36 - w tamtych czasach nie miałam jeszcze aparatu cyfrowego:)). Zapisywałam plamy kolorów, grupy roślin, strony świata itp. Któraś z alejek zawsze zaprowadziła mnie do kawiarni, która była obowiązkowo w programie wycieczki:). Wstępowałam na herbatę i ciastko.
Tego pamiętnego razu też tak było. Przekroczyłam próg kawiarni i wodząc wzrokiem po wystawionych słodkościach natrafiłam na carrot cake. Od razu je zamówiłam zacierając ręce z zaciekawienia. Okazało się wręcz niebiańsko pyszne! Odkrawałam powoli widelczykiem kawałek po kawałku ślęcząc nad zapisaną maczkiem kartką z nazwami roślin. Delektowałam się ciastem zastanawiając się jednocześnie czy do fioletowej szałwii bardziej pasuje kolor żółty czy szary.
Ciasto od razu stało się moim ulubionym. Wyszukiwałam je w menu każdej restauracji i kawiarni, do której poszłam. Moje kawiarniane ciasta marchewkowe zawsze były pokryte warstwą kremu z serka śmietankowego. Tak też robię je teraz w domu. Zawsze z tego samego przepisu.



Ciasto marchewkowe
Tortownica ø 26 cm
używam szklanki o pojemności 250 ml

1,5 szkl mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1 łyżeczka cynamonu
1/2 łyżeczki soli

1 szkl cukru
3 jajka
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego

2/3 szkl oleju
1/2 szkl soku ananasowego (z kartonu, nie z puszki)

1 szkl startej marchwi (luźno włożonej do szklanki, nie ciasno ubitej)
1/2 szkl posiekanych orzechów włoskich

Polewa
2 łyżki miękkiego masła
1/3 (lub więcej, jak ktoś lubi) szkl cukru pudru
12 dkg serka śmietankowego
kilka kropel ekstraktu waniliowego
opcjonalnie kilka kropel soku z cytryny


Mąkę, proszek, sodę, cynamon i sól przesiać do miski. Odłożyć.
Olej wymieszać z sokiem ananasowym. Odłożyć.
Jajka z cukrem ubić w mikserze do białości. Dodać mieszankę mączną, zmiksować, a później wlać olej z sokiem i też krótko zmiksować. Następnie dodać marchew i orzechy i delikatnie wymieszać łyżką.
Piec 45 minut w 180°C.

Składniki polewy wymieszać łyżką lub rózgą i rozsmarować na wystudzonym cieście. Wstawić do lodówki na co najmniej 1 godz.

sobota, 26 września 2009

Rozmarynowy syrop jabłkowy





Tegoroczny Dzień Jabłka zorganizowany przez Tatter, uczciłam, tak jak rok temu, jabłkami z drzewek mojej Teściowej. Są one nieduże, nie zawsze doskonałego kształtu, ale soczyste i świeżutkie. Jabłka z tych drzewek znam od jakieś dziesięciu lat i od początku czułam wielką różnicę między nimi, a tymi ze straganów. Nigdy nie były pryskane ani nawożone. Rosną ot tak po prostu :) To zasługa naturalnie żyznej ziemi i wyjątkowego mikroklimatu, który tam się wytworzył. Jabłonki rosną właściwie na skraju lasu. Są wyjątkowe pod każdym względem i dlatego nie wyobrażam sobie, żebym ten blogowo-cincinowy dzień mogła uczcić innymi jabłkami.
Jabłka dopiero zaczynają dojrzewać i nie mogę się już doczekać musów do szarlotki, które robię co roku. Tegoroczny sezon otworzyłam przygotowując sok do rozcieńczania. Przepis odkryłam w zeszłym roku na blogu Dagmary "Cat in the kitchen". Jest doskonały! Nie dość, że pyszny, to jeszcze nie trzeba godzinami stać przy kuchni, gdyż używamy jabłek wraz ze skórką (najlepiej użyć takich z intensywnie czerwoną) i pestkami. W innych przepisach najbardziej pracochłonne jest obieranie jabłek ze skórki. Sok smakuje jak dobrej jakości kompot, a dodatkowo ma wspaniały kolor. Przelewamy go do butelek i rozcieńczamy wodą mineralną niegazowaną lub gazowaną. Doprawiłam go, tak jak Dagmara, świeżo zerwanym rozmarynem, ale robiłam również taki sam w wersji ze świeżą miętą oraz z goździkami. Wszystkie wspaniałe! Polecam! A Dagmarze dziękuję za świetny przepis!





Rozmarynowy syrop jabłkowy

700 ml wody
1,5 kg jabłek z intensywnie czerwona skórką
4 gałązki rozmarynu

200 g cukru na każdy litr soku

Jabłka dokładnie umyć. Bez obierania i wycinania gniazd nasiennych pokroić je w plastry, zalać wodą w dużym garnku i włożyć gałązki rozmarynu. Gotować 15 min, lub do czasu aż jabłka będą miękkie. Przygotować drugi garnek (też duży) i duże gęste sito. Przecedzić jabłka i rozmaryn przez sito do drugiego garnka. Niech sobie sok spływa przez godzinę, aby jak najwięcej go uzyskać. Ja zostawiłam na całą noc.
Po otrzymaniu soku, dosypać cukru (na każdy litr soku potrzeba 200 g cukru) i gotować 15 minut.
Przelać gorący syrop do wyparzonych butelek. Trzymać w lodówce do miesiąca czasu.

wtorek, 22 września 2009

Mamo, co ty dałaś do tej zupy?!






Jak szybko gust potrafi się zmienić! Jeszcze rok temu, na samym początku mojego blogowania, pisałam o zupie pomidorowej z prawdziwych, słodkich, dojrzałych pomidorów, którą bardzo lubimy. I lubimy nadal! Więc jakie to zmiany zaszły w naszych upodobaniach? Ano takie, że przy tamtym wpisie wspomniałam, że czasami do zupy pomidorowej dodaje się szczyptę cynamonu i że nie wyobrażam sobie, żebym mogła przełknąć coś takiego :)
Wczoraj jednak coś mnie podkusiło, aby dodać trochę cynamonu do zupy pomidorowej. I to było to! Smak nieporównywalnie lepszy niż bez cynamonu! Taka kropka nad i :)
Uczę mojego syna, aby nie mówił, że czegoś nie lubi zanim nie spróbuje, a sama tak zrobiłam. Ach ta mama!
Aby zupa różniła się trochę od codziennej pomidorówki, użyłam żółtych pomidorów, dodałam żółtą paprykę (do pomidorowej z tradycyjnych pomidorów dodaję czerwoną paprykę). Papryka nadaje zupie wspaniały smak i wzmacnia kolor. Wersja podstawowa zawiera tylko koperek i czasem grzanki. Tak robię wtedy, kiedy bezpośrednio po zupie następuje drugie danie. Jeśli natomiast mamy kilkugodzinną przerwę między pierwszym a drugim daniem, do zupy dodaje gęstą wiejską śmietanę, makaron i koperek.



Gęsta żółta zupa pomidorowa

600 ml bulionu bez soli (ja dałam domowy wywar z włoszczyzny)
1 kg żółtych pomidorów bardzo dojrzałych
1 cebula czosnkowa (taka biała)
1 żółta papryka
1 łyżka soku z cytryny
1-2 łyżeczki cukru
1/8 - 1/4 łyżeczki cynamonu
1 łyżeczka soli ( lub więcej, jeśli ktoś lubi)
opcjonalnie koperek, makaron lub ryż, 150 ml gęstej śmietany

Zupa pomidorowa z wszelkimi dodatkami:)


Wywar jarzynowy przecedzić. Pomidory włożyć do wrzątku na niecałą minutę, usunąć skórki i zdrewniałe części przy szypułce. Pokroić na mniejsze części i wrzucić do wywaru. Cebulę obrać, paprykę umyć i usunąć pestki. Wszystko pokroić na nieduże części i też wrzucić do wywaru. Gotować 20 minut. Następnie całość zmiksować na gładką masę, wlać sok z cytryny, wsypać sól, cukier, cynamon i wymieszać. Można zabielić śmietaną i dodać makaron lub ryż.

niedziela, 20 września 2009

Weekendowa piekarnia #43 - La Taillaule, brioszka z Neuchâtel





Brioszka, to jedna z trzech propozycji, które wybrała dla nas Bea, gospodarząca nam w tym tygodniu w Weekendowej Piekarni. Wiedziałam, że będę mogła upiec tylko jedną rzecz i padło na brioszkę - La Taillaule, brioszka z Neuchâtel.
Już czytając przepis czułam, że ta brioszka będzie nam smakować. I tak było! Jedliśmy ją z dżemem i z żółtym serem. Do porannej kawy pasowała idealnie:)
Musiałam jednak zrezygnować z rodzynek, ponieważ moje dziecko ze wszystkiego je wydłubuje. No i podczas pieczenia zanikły nacięcia, chociaż nacinałam „do dna”. Te zmiany nie zaważyły na szczęście na smaku. Przepis już został wpięty do segregatora z przepisami podręcznymi, czyli takimi, z których korzystam na okrągło. To najlepszy dowód na to, jak nam smakował ten wypiek!
Cieszę się, że zostało trochę na jutrzejsze śniadanie!!!
Beo, dziękuję za wynalezienie świetnego przepisu, a Margot za cale przedsięwzięcie!


La Taillaule, brioszka z Neuchâtel
zaczerpnięte z bloga Bei

500 g mąki T45 (tortowej)
2,5 łyżeczki drożdży w proszku (lub 20 g świeżych)
1,5 łyżeczki soli
200-250 ml letniego mleka
2 jajka
60 g cukru
10 g miodu
75 g miękkiego masła
100-125 g rodzynek (ja nie dałam)
otarta skórka z 1/2 cytryny
+ jajko do posmarowania

Mąkę wymieszać z solą i drożdżami. Zrobić wgłębienie i umieścić w nim jajka, cukier, miód i mleko. Powoli wymieszać składniki, wyrobić gładkie ciasto (ok. 10 minut); możemy ewentualnie dodać odrobinę mąki, jeśli ciasto jest zbyt klejące, jednak nie więcej niż łyżkę za każdym razem. Następnie partiami dodawać masło i skórkę cytrynową i dalej wyrabiać. Na koniec dodać rodzynki i raz jeszcze wyrobić ciasto (ma być dosyć ‘miękkie’ i elastyczne).
Przełożyć je do miski, przykryć i odstawić do wyrośnięcia na ok. godzinę.
Następnie złożyć ciasto kilka razy (można podzielić je na dwie mniejsze części) i spłaszczyć, formując mniej więcej kwadrat. Boki kwadratu złożyć do środka tak, by się stykały, a następnie zrolować ciasto. Umieścić je w natłuszczonej keksówce lub foremce chlebowej, przykryć i zostawić do wyrośnięcia na ok. 45 minut (do 3/4 wysokości formy). Po wyrośnięciu posmarować wierzch ciasta rozkłóconym jajkiem, a następnie ponacinać (dosyć głęboko) ostrymi nożyczkami naprzemiennie – raz z lewej, raz z prawej strony.
Mniejsze brioszki pieczemy ok. 20-25 min w 200°C (jedną większą pieczemy ok. 45-55 minut); w połowie pieczenia możemy nieco obniżyć temperaturę, a jeśli brioszka zbyt szybko brązowieje – nakryć ją folią aluminiową.
Tradycyjnie, po wyjęciu z piekarnika, smaruje się brioszkę gładką konfiturą morelową i wodą; można też posypać ją zrumienionymi płatkami migdałowymi.

piątek, 18 września 2009

Muffiny z czekoladową kruszonką w środku;)

plaster drewna ucięty własnoręcznie przez Krzysia na festynie w Sopocie, który odbył się w zeszlym tygodniu.


Dzisiaj będzie wpis o czymś, o czym dużo czytałam, ale jeszcze nie próbowałam.
Dawno, dawno temu, w 1817 roku we Włoszech przyszedł na świat Domenico Ghirardelli. Ojciec jego był importerem egzotycznych produktów żywnościowych i mały Domenico już od najmłodszych lat obcował z niecodziennym dla innych widokiem i zapachem przypraw, kawy i kakao. Chłopcu nie obca była produkcja czekolady, gdyż podpatrywał produkcję cukierków w swoim miasteczku.
W wieku lat 20 popłynął do Uwugwaju, aby zawodowo zająć się kawą i czekoladą. Otworzył swój pierwszy sklep z wyrobami cukierniczymi.
W 1849 r. dotarły do niego wieści o znalezieniu złota w Kaliforni. Ruszył tam natychmiast i jak się można było domyśleć, poszczęściło mu się. Niedługo otworzył tam swoje dwa sklepy. Przez następne lata firma rozrastała się i rozrastała mimo różnych kolei losu.
W 1998 r. firmę Ghirardelli Chocolate kupił szwajcarski Lindt & Sprungli jako spółkę całkowicie zależną od holdingu.
Czekolada i kakao Ghirardelli jest mi do tej pory obca smakowo. Mam nadzieję, że to tylko kwestia czasu, ponieważ poluję na nią już od dawna. Na swojej stronie internetowej jest wychwalana pod niebiosa. Firma ta jest jedną z niewielu, która swoje wyroby produkuje od podstaw - od kupna ziaren kakaowca aż do gotowego produktu - czekolady czy kakao. Zwykle ukazywanie produktów przez producenta w samych superlatywach traktuję z przymrużeniem oka, w końcu każdy chwali swój produkt. Czy ktoś z Was ma jakieś doświadczenia z czekoladą i kakao tej firmy lub wie, gdzie ją można kupić?
Jak się domyślacie, muffiny, które upiekłam dzisiaj zawierają inną czekoladę, nie Ghirardelli :)
Polecam przepis z ręką na sercu. Są naprawdę pyszne! Robi się je trochę inaczej niż tradycyjne muffiny i smakują też inaczej - nie trzeba popijać ich hektolitrami mleka, bo nie są suche, jak to czasem bywa w przypadku muffinów.



Muffiny z czekoladowo-orzechowym wnętrzem
znalezione tutaj
12 szt.

Mieszanka czekoladowa
56 g deserowej czekolady Ghirardelli
2 łyżki brązowego cukru
1/2 łyżeczki startej skórki z pomarańczy
1/2 łyżeczki cynamonu
1/4 łyżeczki kawy rozpuszczalnej
1 łyżka zimnego masła
1/4 szkl pekanów (dałam włoskie)

Ciasto
1, 3/4 szkl. mąki
2/3 szkl cukru
1 łyżka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli
115 g zimnego masła
1 jajko
1/2 szkl. śmietany 18% tłuszczu

1 żółtko
2 łyżeczki wody

Mieszanka czekoladowa
Połamaną czekoladę i cukier rozdrobnić w malakserze, aby grudki były wielkości kawy granulowanej. Dodać resztę składników i rozdrabniać do momentu, aż orzechy będą drobno pokruszone. Odstawić. Masa będzie miała konsystencję kruszonki.

Ciasto
Śmietanę wybełtać z jajkiem. Odstawić.
Mąkę, cukier, proszek i sól wymieszać w misce. Posypać kawałkami zimnego masła. Miksować kilka sekund, aż masło będzie mocno rozdrobnione. W środku masy zrobić dołek i wlać do niego śmietanę z jajkiem. Wymieszać szybko tylko do momentu, aż cały płyn zostanie wchłonięty przez mąkę. Powstanie mieszanka konsystencją zbliżona do kruchego ciasta. Mi najlepiej mieszanie szło widelcem. Następnie posypać czekoladową kruszonką i wgnieść ją niezbyt dokładnie w środek (tak jak wgniatamy rodzynki w ciasto drożdżowe). Powstanie marmurek. Ciasto nie jest zwarte, kruszy się, ale to nic nie szkodzi.
Wgłębienia formy muffinkowej wyłożyć papilotkami i napełnić je masą.
Żółtko wymieszać z wodą i pędzelkiem posmarować wierzch muffinów.
Piec w temp. 200°C przez 15-17 minut.

* źródła: Wikipedia i Ghirardelli


poniedziałek, 14 września 2009

Pomidorowe szaleństwo



Pan, u którego zawsze kupuję pomidory uśmiecha się z daleka. Zajmuje miejsce obok pani, u której kupuję jajka, owoce, natkę pietruszki i koperek.
- Ile dzisiaj pani sobie życzy? - pyta pan. - Nie zapytał czy życzę sobie pomidory, bo to jest oczywiste:)
Od kilku sobót (bo duże warzywno-owocowe zakupy robie właśnie wtedy) kupuję po dwa kilo najbardziej dojrzałych pomidorów - takich na przetwory, oraz nieco mniej „zwykłych do jedzenia”.
Pomidory do przetworzenia są tak słodkie i miękkie, że szybciutko po przyjściu do domu muszę zabrać się do roboty:). Uważam też przy wkładaniu ich do mojego zakupowego wózka, aby nic na nich nie postawić.
Ulubione powiedzonko pana „od pomidorów”:
- Proszę wracać do domu ostrożnie, jak z odbezpieczonym granatem!
Tak więc wracam, co tydzień z dwoma kilogramami pomidorów, delikatnie wyjmuję je z torby i robię przeciery, najłatwiejsze i najszybsze na świecie. Właściwie, to nie mam na nie przepisu. Po prostu myję je, wrzucam do dużego garnka pokrojone na ósemki, rozgniatam tłuczkiem do ziemniaków i gotuję około 20 minut. Po tym czasie partiami wlewam pomidory na gęste, metalowe sitko i przecieram drewniana pałką do drugiego garnka.



Gdy już przetrę wszystkie pomidory, a na sitku zostaną same pestki, do przecieru dodaję łyżkę soli (sól konserwuje, a ja nie mam piwnicy i w ten sposób zabezpieczam się przed zepsuciem przecieru) i zagotowuję. Kto ma piwnicę, oczywiście może sól pominąć. Następnie wlewam do wyparzonych słoików, zakręcam i stawiam do góry nogami owinięte w koc, aby powoli stygły.



Z dwóch kilo pomidorów wychodzą mi 3 duże słoiki - jakieś 400 ml i 3 małe - około 150 ml.
Pomidory robię w taki sposób od kiedy Krzyś zaczął jeść normalne jedzenie (coś innego niż mleczko), czyli już parę dobrych lat! Jest to mój ulubiony (bo szybki i uniwersalny) sposób na smak prawdziwych pomidorów zimą. Takich, które naprawdę widziały słońce. Używam ich do zup i sosów.

sobota, 12 września 2009

Gruszki w cieście kakaowym



Dzisiaj byliśmy na plaży. Słońce świeciło, lecz nie przygrzewało mocno. Koc, na którym siedzieliśmy, był złożony potrójnie. Na grzbietach bluzy z długimi rękawami, a na nogach adidasy. Łabędzie, mewy i kaczki skupione w jednym miejscu wyrywały sobie kawałki chleba rzucane przez dzieci. Nawet gołębie przyleciały! W pewnej odległości od nas na bojach siedziały kormorany z rozłożonymi skrzydłami susząc je. Zawsze lubiłam patrzeć jak kormorany suszą skrzydła. Widok jest niecodzienny i dlatego taki ciekawy:) Popatrzcie sami:)
Siedziałam i słuchałam szumu morza. Odpoczywałam. Szum wcale nie był taki cichutki, a jednak miły dla ucha. Zastanawiałam się, czy ostatni raz w tym roku siedzimy na kocu na plaży. Coś mi się wydaje, że tak.
Choć dzień był całkiem przyjemny, wcale nie było żal wracać do domu. Nie dało się już siedzieć na piasku godzinami, jak to robiliśmy jeszcze niedawno. Pierwszy raz od kilku miesięcy zatęskniłam za ciepłym kubkiem kawy ogrzewającym ręce. Czyżby jesień była już tak blisko?
Po powrocie do domu przygotowałam szybki deser kakaowo-gruszkowy. I to mocno kakaowy! :) Na dodatek ekspresowy, zainspirowany podobnym deserem podpatrzonym u Nigelli - z serii Nigella ekspresowo. Polany sosem waniliowym smakował nieziemsko!



Gruszki w cieście kakaowym
Okrągła forma do zapiekanek ø 19 cm

Gruszki:
350 g twardych gruszek pokrojonych na ćwiartki (ważonych po obraniu i usunięciu nasion)
1/2 szkl. wody
2 łyżki cukru
2 łyżki soku z cytryny
2-3 goździki

Ciasto:
60 g mąki
15 g kakao
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/8 łyżeczki sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki cynamonu
60 g miękkiego masła
50 g cukru
1 jajko

Gruszki:
Obrane i pokrojone gruszki włożyć go rondelka, wymieszać z sokiem z cytryny, wlać wodę, posłodzić, dodać goździki i gotować 10 min. Ugotowane gruszki odcedzić na sitku. Pozostały sok (kompot) nie będzie potrzebny do ciasta, lecz na pewno się do czegoś przyda:)

Ciasto:
W czasie, jak gruszki stygną, nagrzać piekarnik do 180°C i wysmarować cienko masłem foremkę. Zrobić ciasto: mąkę, kakao, proszek, sodę i cynamon wymieszać w misce i odstawić. Masło utrzeć z cukrem na pulchną masę, dodać jajko i utrzeć, aż składniki dobrze się połączą. Następnie przesitkować do masy maślanej zawartość miski ze składnikami suchymi i wymieszać tylko do momentu połączenia się składników. Ciasto będzie bardzo gęste.
Odcedzone gruszki ułożyć na dnie foremki i łyżką nałożyć na nie ciasto kakaowe. Piec około 20 min.
Jeść lekko ciepłe polane sosem waniliowym.

czwartek, 10 września 2009

Ciasto śliwkowe z orzechami, migdałami i kruszonką



Wzięłam drabinkę i zaniosłam ją do garderoby przerobionej na bibliotekę.
Bardzo lubię to pomieszczenie. Ma niecałe 3,5m2, nie ma okna, więc zawsze trzeba zapalić światło. Żarówka jest słabej mocy, więc światełko też nie jest specjalnie jasne. Takie w sam raz, aby stworzyć niepowtarzalny nastrój w małej, przytulnej bibliotece. Oglądając stare filmy z epoki pięknych dworków, pokoje - czytelnie są tam zawsze niedoświetlone. Migają tylko gdzieniegdzie ogniki w lampach naftowych. Leniwie sączące się światło, w moim odczuciu stanowi o tajemniczym, wyciszającym nastroju tych pomieszczeń.
A zapach? Księgarnia? Nie, raczej antykwariat. Nasze książki mają często po kilkadziesiąt lat. Wdychamy zapachy półek i regałów naszych babć i prababć. Brakuje tylko skórzanych opraw ze złoceniami, ale trudno. Może kiedyś?
Weszłam na najwyższy stopień drabinki, wspięłam się na palce i sięgnęłam na ostatnią półkę po opasły zbiór czasopism „Mój piękny ogród” z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku:)))
Czasopisma zostały ręcznie przerobione na książkę, zszyte i oprawione jak należy w domowej introligatorni naszego znajomego. Pilnie musiałam znaleźć poradę o niechcianych żyjątkach na hibiskusie. Znalazłam. Oprócz tego znalazłam też kilka przepisów kulinarnych, z których jeden bardzo mi się spodobał. Jako, że był „na czasie”, bo sezon śliwkowy w pełni, wypróbowałam go.



Od razu powiem, że mimo, że ciasto wygląda niewinnie i delikatnie, tak naprawdę jest treściwe, ciężkie i syte. Nam smakowało. Jeden kawałek zjedzony do porannej kawy i jesteśmy najedzeni na długie godziny. Polecam miłośnikom konkretnych wypieków lubiących grubą warstwę ciasta:).
Poniżej podane są właściwie dwie wersje tego ciasta - jedna oryginalna, przepisana z gazety, a druga trochę zmieniona przeze mnie. Zmiany podałam w nawiasach.



Placek śliwkowy z kruszonką
forma ø 26 cm
źródło - Mój Piękny Ogród - X’98

Ciasto
100 g mielonych migdałów
150 g mąki (+ sporo do podsypywania, bo ciasto jest klejące)
2 jajka
100 g cukru
szczypta soli
starta skórka z 1 cytryny (nie dałam)
1/2 laski wanilii (nie dałam)
150 g masła
1 kg śliwek (wzięłam trochę ponad pół kg)
30 g mielonych orzechów laskowych ( dałam prawie 100 g)

Kruszonka
75 g mąki
30 g cukru
szczypta gałki muszkatołowej
75 g roztopionego masła

Piekarnik nastawić na 200°C.
Z podprażonych migdałów i pozostałych składników (oprócz śliwek i orzechów) zagnieść kruche ciasto. Włożyć je do lodówki na 1 godz. Śliwki umyć, odsączyć, pokroić na ćwiartki. Blachę do pieczenia posmarować tłuszczem i wysypać bułką tartą lub kaszą manną, wyłożyć na nią ciasto - spód i boki (przy wałkowaniu ciasta konieczne jest podsypywanie mąką, przynajmniej w moim cieście tak było).Spód ciasta posypać startymi orzechami, aby nie dopuścić do przemoknięcia spodu. Na orzechach ułożyć śliwki skórką w dół.
Suche składniki kruszonki połączyć ze sobą, dodać rozpuszczone masło i zmieszać widelcem, aby powstała kruszonka o konsystencji gęstej papki. Równomiernie rozłożyć na śliwkach.
Ciasto owinąć z zewnątrz folią aluminiową lub postawić na większej blasze (aby masło nie wyciekało w przypadku użycia formy z wyjmowanym dnem). Włożyć do piekarnika i piec 40 - 45 min.
Wystudzić i podawać z sosem waniliowym, lodami, śmietaną lub samo, bez dodatków.

niedziela, 6 września 2009

Leśne wędrówki pachnące miętą


Jeszcze podczas wakacji, wykorzystując kolejny słoneczny weekend, poszliśmy na nasz ulubiony spacer - czyli do pobliskiego lasu. Jak już niektórzy z Was może wiedzą, osiedle, gdzie mieszkamy sąsiaduje z lasem ogromnych rozmiarów, ciągnącym się przez całe Trójmiasto aż po Półwysep Helski.
Nasze spacery zazwyczaj połączone są ze zbieraniem jagód, jeżyn i grzybów - rekreacyjnie raczej, nie na kilogramy:). Często też robimy sobie przerwę w marszu i siadamy na kocyku, a nasze dziecko bawi się w leśnej rzeczce. Tu mała dygresja - mamy niezły ubaw idąc do lasu i patrząc na reakcje ludzi nas mijających - żar leje się z nieba i susza jak nie wiem co, a Krzyś maszeruje w kaloszach:))) Aby mógł bez przeszkód wchodzić do rzeczki - lecz to wiemy tylko my, a mijający nas ludzie, w sandałach i klapkach dziwnie na nas patrzą:)
Napawając się leśną ciszą i wdychając świerkowo - sosnowe zapachy, zauważyłam, że wszędzie wokół rośnie mięta. Jest to mięta polna Mentha arvensis, zaliczana do roślin leczniczych stosowanych w zaburzeniach trawienia. Lubi wilgotne tereny i dlatego zadomowiła się nad rzeczką. Ma niezwykle intensywny miętowy zapach, czego brakuje mojej mięcie balkonowej.
Jako, że zawsze idziemy do lasu zaopatrzeni w woreczki na wypadek, gdybyśmy coś ciekawego znaleźli, nie namyślałam się długo i zaczęłam zrywać. Mięta rozrosła się tak bardzo, że mogłam pozwolić sobie na zrywanie dwóch najmłodszych par liści z każdego pędu, prawie tak, jak to czynią zawodowi zbieracze liści herbacianych:) Możecie sobie wyobrazić zapach moich rąk po skończonych zbiorach. Dosłownie aż dech zapierało przy głębszym wciągnięciu powietrza!



Po przyjściu do domu nazbierane liście wysuszyłam i włożyłam do szklanego słoiczka. Będzie jak znalazł jako dodatek do herbaty:)



Jako, że dzisiaj jest wpis ogrodniczy, to pochwalę się Wam pomidorami San Marzano, które wreszcie zaczynają dojrzewać na moim balkonie (wrzesień!!!). Pomysł na tą odmianę zrodził się w mojej głowie już w zeszłym sezonie, chciałam zrobić eksperyment i byłam przygotowana na fiasko, ponieważ jest to odmiana gruntowa, wielkoowocowa i potrzebująca wiele godzin nasłonecznienia, którego nawet na moim balkonie od południowej strony jest za mało. Przekonałam się, że faktycznie pomidory te nienajlepiej czują się na balkonie - mam 8 zielonych owoców i boję się, że zgniją przed dojrzeniem, bo zaczynają się chłody. Poza tym musiałam obciąć krzew w połowie wysokości, bo był za wielki jak na balkon. W przyszłym roku kupię mniejsze pomidorki:)

sobota, 5 września 2009

Ciasto jagodowe z serkiem śmietankowym i kruszonką



Po przepięknym i ciepłym sierpniu przyszła pora deszczu i niższych temperatur. Dzisiaj pierwszy raz od dłuższego czasu nie pojechałam na halę na sobotnie zakupy warzywno-owocowe. Zrobiłam je u mnie w osiedlowym warzywniaku. Padało. Przyszłam do domu, spojrzałam przez okno na wiatr i niebo zaciągnięte chmurami. Byłam szczęśliwa, że dzisiaj nigdzie już nie muszę wychodzić. Choć po południu się wypogodziło, nastrój domowego ogniska działał tak silnie, że nie mieliśmy ochoty ruszać się za próg. Kanapa, kawałek ciasta po obiedzie i filiżanka kawy, to było to, czego nam było trzeba.
Z kupionych rano jagód amerykańskich upiekłam ciasto. Delikatne, z dodatkiem serka śmietankowego. Coffee cake. To nazwa kategorii, do której zalicza się to ciasto. Wbrew pozorom nie jest to ciasto z udziałem kawy (jak kiedyś myślałam), lecz ciasto do kawy, czyli takie codzienne. W przypadku tego jagodowo-sernikowo-babkowego wypieku nazwa coffee cake - ciasto codzienne, jest co najmniej krzywdząca. Ciasto bowiem składa się aż z czterech warstw, z których każda sama w sobie jest wyśmienita. Warstwa najniższa, to delikatne ciasto piaskowe, na niej jest jeszcze delikatniejsza cienka warstwa sernika z cytrynową nutką, później jagody amerykańskie i na samej górze chrupiąca lekko cynamonowa kruszonka. Ciasto doskonałe do mocnej, niesłodzonej kawy. Polecam!



Jagodowe ciasto z serkiem śmietankowym i kruszonką
tortownica ø 23 cm
źródło: Stephanie Jaworski -Joy of baking

Kruszonka:
45 g mąki
65 g cukru
1/2 łyżeczki cynamonu
65 g zimnego masła pokrojonego w małą kostkę


Warstwa serkowa:
227 g serka śmietankowego
50 g cukru
1 duże jajko
1/2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
1 łyżka startej skórki w cytryny
1 łyżka mąki

Ciasto:
130 g mąki
1 łyżeczka proszku
1/8 łyżeczki soli
56 g miękkiego masła
100 g cukru (drobny cukier do wypieków)
1 jajko
1/2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
80 ml mleka w temp. pokojowej
1 szkl. jagód amerykańskich, czarnych porzeczek lub malin (albo 1/2 szkl. konfitury malinowej)


Wykonanie:
Piekarnik nastawić na 175°C.
Kruszonka:
W misce wymieszać mąkę, cukier i cynamon. Dodać zimne kawałki masła. Mikserem lub za pomocą widelca zagnieść ciasto do konsystencji sypkiego mussli. Odłożyć (np. do lodówki)

Warstwa serkowa:
Wszystkie składniki wymieszać na gładką masę rózgą, trzepaczką, łyżką... jak komu wygodnie.

Ciasto:
Mąkę, proszek i sól wymieszać w misce i odłożyć na bok.
W misce od miksera zmiksować masło na kremową masę. Stopniowo dodawać cukier cały czas miksując. Gdy masa będzie gładka i kremowa (po około 10 min.) dodać etapami jajko, wanilię i mleko, po każdym składniku zmiksować tylko do momentu połączenia się składników. Teraz dodać mąkę (przesiewając ją) i zmiksować na najniższych obrotach tylko do momentu połączenia się składników.

Dół i boki tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Wyłożyć ciasto lekko podnosząc jego boki za pomocą łyżki (ciasto jest dość gęste i da się je „uformować”). Na ciasto wlać masę serkową, posypać ją jagodami, a na końcu całość pokryć kruszonką.
Piec 60-70 min.

wtorek, 1 września 2009

Kaszka manna na koniec wakacji



Koniec wakacji. Wszyscy w trójkę zaczynamy nowy etap w życiu - Krzyś jako prawdziwy uczeń (uczeń klasy Ia), a my jako rodzice ucznia. Poddałam się sentymentom i wspomnieniom nie broniąc się wcale a wcale - zakończyliśmy pewien etap, a zaczynamy następny. Tak jakoś ckliwo mi się zrobiło. Koniec dzieciństwa, to chyba zbyt mocne słowa, ale nie mogę pozbyć się myśli, że tak właśnie jest.
Wczoraj wyprasowałam niedużą białą koszulę i spodnie, wypastowałam czarne buty. Pofarbowałam sobie włosy. Zrobiłam remanent w ubraniach - za małe powędrowały do pojemnika Caritasu dla innych dzieci. Włożyłam notes do torebki. Po drodze do sklepu zahaczyłam o szkołę, żeby sprawdzić, czy rozpoczęcie roku na pewno jest na dziesiątą... Czy wszystkie mamy pierwszoklasistów są takie przejęte?
Oprócz tego zrobiłam kaszkę manną mojej babci - dla Krzysia - kaszkę manną prababci Zosi. Delikatna, kremowa, kojąca nerwy. Pamiętam jak Babcia robiła mi taką kaszkę nie tylko jak byłam mała. Również w szkole średniej. Smakuje zawsze. Nieważne ile ma się lat. I najważniejsze w niej jest to, że uspokaja i wprawia w błogi nastrój. Niezwykła kaszka manna. Comfort food. Pycha!



Puszysta kaszka manna
3 porcje

400 ml mleka 3,2%
1 łyżka cukru waniliowego
1 łyżeczka masła
1 duże jajko
1/3 szkl. kaszy mannej (1 szkl = 250ml)

Zagotować 300 ml mleka z cukrem i masłem. Oddzielić żółtko od białka. Pozostałe 100 ml zmieszać dokładnie z żółtkiem. Gdy mleko w garnku się już prawie zacznie gotować, do pozostałego mleka z żółtkiem wsypać kaszkę i dokładnie wymieszać. Mieszaninę wlać do gotującego się mleka. Zmniejszyć moc palnika i cały czas mieszając zagotować ponownie i gotować 1 min. Zdjąć garnek z palnika. Białko ze szczyptą soli ubić na sztywną pianę i wymieszać delikatnie ze wrzącą kaszką. Salaterkę wysmarować cieniutko masłem i wlać kaszkę. Wystudzić. Po wystudzeniu włożyć do lodówki, aby stężała. Następnie wyjąć z salaterki na talerz i kroić jak ciasto - na trójkąty. Podawać z sokiem owocowym, rzadkim dżemem itp.