czwartek, 30 lipca 2009

Weekendowa Cukiernia #9 - Maids of Honour





Drugą propozycją do Weekendowej Cukierni #9 były ciastka Maids of Honour. Piekłam je niedawno na próbę, aby sprawdzić smak. Teraz, po dokładnym przeanalizowaniu składników, podumałam trochę i dokonałam małych zmian. Skorzystałam z doświadczeń poprzedniczek, u których Maids of Honour już gościły i zwiększyłam dwukrotnie ilość mielonych migdałów, zamiast gałki muszkatołowej dałam 1 łyżeczkę przyprawy do piernika, zamiast brandy dałam Amaretto, a po upieczeniu posypałam cukrem pudrem. Ciasto francuskie wycinałam pucharkiem do lodów o średnicy 10 cm (koła idealnie pasowały do wgłębień w foremce muffinkowej) ile się dało, a resztę wgłębień wyklejałam ze ścinków.
W takiej lekko zmienionej wersji ciastka były bardzo dobre. Odwołuję więc wszystkie moje wcześniejsze narzekania i zwracam honor ... Maids of Honour!



Maids of Honour
12 ciastek

250 g curd cheese (dałam twaróg śmietankowy Piątnicy)
75 g miękkiego masła
2 jajka
1 łyżka brandy (dałam Amaretto)
2 łyżki cukru pudru
25 g mielonych migdałów (dałam 50g)
szczypta gałki muszkatołowej (dałam 1 łyżeczkę przyprawy do piernika)
250 g gotowego ciasta francuskiego

Formę do muffinek natłuścić porządnie i wgłębienia wykleić ciastem francuskim. Wszystkie pozostałe składniki połączyć ze sobą i łyżką wyłożyć do przygotowanych wgłębień. Piec 15 - 20 min w temp. 220°C aż będą złotobrązowe, a nadzienie ścięte.
Moim zdaniem najlepiej smakują zaraz po całkowitym wystudzeniu.

wtorek, 28 lipca 2009

Czy jagody lubią kokos?



Przypadło mi w udziale niespieszne popołudnie. Męska część rodziny wybyła z domu biorąc ze sobą kalosze, wiadro i łopatę:) Pewnie szukają kości dinozaurów:))) Moje dziecko ostatnio przechodzi fazę fascynacji dinozaurami, czyta wszystko, co mu wpadnie w ręce z tej dziedziny ( ja się cieszę, bo z racji tego, że wakacje trwają 2,5 miesiąca, Krzyś „nieświadomie”ćwiczy czytanie, mimo, że ma wolne od szkoły:)). Wieczorem, przed zgaszeniem lampki nocnej przy łóżku, odwróciliśmy role i teraz moje dziecko czyta mnie, a nie ja jemu. Można się więc spodziewać, że niedługo, jako ekspert w dziedzinie czasów prehistorycznych założę stosownego bloga:)
Aaa, niespieszne popołudnie miało być;)
Mając więc w zanadrzu dwie godziny dla siebie, upiekłam kokosowe babeczki, których smak świetnie dopełniły jagody. Okazało się, że jagody lubią kokos - i to bardzo!!! Moi panowie po przyjściu z wyprawy będą mieli jagodowo - kokosową kolację. W sam raz do szklanki ciepłego mleka z cukrem waniliowym:)
Przepis, to połowa porcji babki kokosowej, którą piekę już od ponad dziesięciu lat*



Babeczki kokosowo - jagodowe
12-14 szt

125 g miękkiego masła
110 g drobnego cukru
szczypta soli
2 jajka
90 g mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
65 g wiórków kokosowych
150 g jagód

Piekarnik nagrzać do 180°C. Przygotować foremki do muffinek. Jagody wypłukać i zostawić do obeschnięcia.
Masło z cukrem i solą utrzeć do białości. Dodać po jednym jajku i zmiksować do uzyskania jednolitej masy.
Do masy maślanej przesiać mąkę z proszkiem do pieczenia i wsypać wiórki kokosowe. Delikatnie wymieszać łyżką do połączenia się składników. Na końcu dodać jagody, wymieszać i nakładać do foremek prawie do pełna.
Piec około 25 min, aż się zrumienią.
* W przypadku babki kokosowej, podwoić podane proporcje, pominąć jagody, ciasto nałożyć do formy keksowej i piec w temp. 175°C przez około 60 min.

sobota, 25 lipca 2009

Weekendowa Cukiernia #9 - Ciasto brzoskwiniowe z kandyzowanym imbirem






Jak co tydzień w sobotę rano byłam na hali targowej skąd przytargałam dobrych sześć kilogramów różnych różności. Jako, że czuję się tam jak dziecko w sklepie z zabawkami, muszę się pilnować, bo najchętniej kupiłabym wszystko:)

Kupiłam pierwsze tegoroczne jabłka (słodkie!), zamówiłam u mojej pani „od jajek” kilka pęczków koperku i natki pietruszki do zamrożenia, a u pana obok kupiłam duuużo pomidorów - z myślą o zimowej pomidorówce. Sezon truskawkowy pożegnałam małym koszyczkiem czerwonych lecz drobnych owoców. Kupiłam również ... brzoskwinie! Znalazły się one w weekendowym cieście zasilającym Cukiernię Zawszepolki. Upiekłam je po raz kolejny. Zrobiłam to z wielką przyjemnością:) Mniam!



Ciasto brzoskwiniowe z kandyzowanym imbirem
forma ø 23 cm, szklanka = 250 ml

1 szkl. mąki
szczypta soli
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka sproszkowanego imbiru
1/2 łyżeczki cynamonu
1/4 szkl. miękkiego masła (daję 60 g)
1 łyżeczka otartej skórki z cytryny
3/4 szkl. drobnego cukru do wypieków (ważne, żeby był drobny!!!)
1 jajko
1 żółtko
3/4 szkl. zmiksowanych świeżych brzoskwiń (1-2 owoce w zależności od wielkości)
2 łyżki drobno pokrojonego kandyzowanego imbiru

Wykonanie:
Piekarnik nastawić na 175°C. Formę wysmarować masłem, dno wyłożyć papierem do pieczenia, a boki oprószyć mąką.

Wymieszać w misce mąkę, sól, sodę, proszek do pieczenia, sproszkowany imbir i cynamon. Odłożyć na bok.
Brzoskwinie sparzyć wrzątkiem, obrać ze skórki i zmiksować na puree.

W następnej misce bardzo dokładnie rozetrzeć masło ze skórką cytrynową (do białości). Stopniowo wsypywać cukier i miksować aż masa będzie biała i puszysta. Dodać jajko, dobrze zmiksować. Dodać żółtko i znów zmiksować. Teraz zmniejszyć obroty na najwolniejsze (lub w ogóle odłożyć mikser i wziąć łyżkę - jak ja to robię). Połowę mieszanki mącznej przesiać do masy maślano - jajecznej i wymieszać delikatnie tylko do momentu połączenia się składników. Wlać puree brzoskwiniowe i wmieszać je w masę. Teraz dodać drugą połowę mąki i kandyzowany imbir i znów delikatnie wymieszać, aby składniki tylko się połączyły.
Ciasto przełożyć do formy, wstawić do nagrzanego piekarnika i piec około 35 min.Wyjąć, ostudzić przez 10 min i wyjąć z formy. Przygotować macerowane brzoskwinie i/lub bitą śmietanę.

Macerowane brzoskwinie (autorka nie podaje proporcji - poniżej proponuję sprawdzone przeze mnie proporcje)
(1 nieduża miseczka)

1 duża brzoskwinia
sok z pół cytryny
1 łyżeczka cukru pudru


Brzoskwinię sparzyć wrzątkiem i obrać ze skóry. Pokroić na ósemki i jeszcze na pół (lub mniejsze, jak ktoś woli). Cukier wsypać do miseczki, zalać sokiem z cytryny, wymieszać. Dołożyć pokrojone brzoskwinie i całość wymieszać. Gotowe!

czwartek, 23 lipca 2009

Pizza nie tylko od święta:)



Do niedawna jeśli piekłam pizzę, to odbywało się to jedynie w weekendy, kiedy miałam dość czasu, aby przygotować ciasto parę godzin wcześniej. W pozostałe dni tygodnia było to nie do pomyślenia - czas na to nie pozwalał.
Aż do momentu, kiedy odkryłam przepis na spód do pizzy przygotowywany nieco inaczej niż robiłam to do tej pory. Spód ten ma same zalety: jest puszysty, miękki oraz bardzo praktyczny - daje możliwość przechowywania w zamrażarce do trzech miesięcy bez uszczerbku na smaku i puszystości:) Z podanych proporcji wychodzi mi porządna podwójna porcja lub ciut skromniejsza potrójna - na trzy osoby. Dzielę je więc na dwie lub trzy paczuszki i wkładam do zamrażarki.
Przepis mówi, że zrobione ciasto wkładamy na noc do lodówki i wyjmujemy 2 godz. przed przygotowywaniem pizzy (może być w lodówce nawet do trzech dni), albo zamrażamy.
Szczerze mówiąc tak się „uczepiłam” możliwości zamrażania tego ciasta, że nigdy jeszcze go nie robiłam do bieżącego spożycia:) Spody wykonuję wtedy, kiedy mam czas. Jeśli ktoś chce użyć tego ciasta na bieżąco, należy zacząć „zabawę” już rano poprzedniego dnia.
Staram się zawsze mieć pewien zapas spodów i gdy tylko zaplanuję pizzę, rano przed pracą wyjmuję ciasto z zamrażarki, a po południu delektujemy się obiadem, który do niedawna był obiadem tak rzadkim, że niemal świątecznym:)




Pizza z tego przepisu była tematem grupy Daring Bakers jakiś czas temu. Przygotowanie ciasta troszeczkę zmieniłam dostosowując je do swojej wygody, a oryginał znajduje się u tu.
Moje ciasto miało kilka wcieleń: było pizzą o cienkim cieście upieczoną w formie do tart z wyjmowanym dnem (ser, szynka, grzyby leśne i papryka), było podzielone na mini pizze wycinane pucharkiem do lodów o średnicy 12 cm - tu ciasto było grube, a takie też lubimy! - (ananas, ser, szynka oraz pieczarki, krewetki, ser), oraz było roladą z pieczarkami.






Ciasto na pizzę
6 osób

Rano w dzień poprzedzający pieczenie pizzy:
Odmierzyć 4 i 1/2 szkl. wysokoglutenowej mąki (ja używam Lubelli Puszystej) oraz 1 i 3/4 szkl. wody. Oba składniki (w osobnych pojemnikach) wkładamy do lodówki, aby się dobrze ochłodziły.

Wieczorem tego samego dnia:
Wyjąć schłodzoną mąkę i wodę. Przygotować:
1 i 3/4 łyżeczki soli
1 łyżeczka suchych drożdży Oetkera
1/4 szkl oliwy lub oleju
1 łyżka cukru
mąka kukurydziana do podsypywania

1. Zmieszać mąkę, sól i drożdże w dużej misce.

2. Dodać olej, cukier i wodę i zmiksować na małych obrotach. Powstanie lepiąca się kula ciasta.

3. Przełożyć ciasto na blat i wyrabiać 5-7 min aż będzie gładkie. Jeśli jest zbyt rzadkie, dodać odrobinę mąki, jeśli za ścisłe, 1-2 łyżeczki lodowatej wody. Zamiast na blacie, można wyrabiać mikserem, na średnich obrotach do momentu, aż ciasto wyczyści spód i brzegi miski. Gotowe ciasto jest elastyczne i trochę klejące. Jest wyraźnie zimne w dotyku.

4. Blat podsypać mąką kukurydzianą i podzielić ciasto na porcje według uznania. Każdą porcję zagnieść w kulę, spryskać olejem, zawinąć w folię spożywczą i spłaszczyć do grubości około 2 cm.
Włożyć do zamrażarki.

5. Rano w dzień pieczenia pizzy wyjąć ciasto z zamrażarki na talerz i zostawić do popołudnia. 6. Blachę do pizzy posypać mąką kukurydzianą, uformować placek i ułożyć nadzienie. Piekarnik nagrzać do 260 (!)°C. W czasie nagrzewania piekarnika pizza z ułożonym nadzieniem rośnie sobie w cieple wytworzonym przez nagrzewający się piekarnik - jakieś 20 min. Włożyć pizzę do gorącego piekarnika i piec 5-8 min.

wtorek, 21 lipca 2009

Weekendowa Cukiernia #9 - Zaproszenie



Z wielką przyjemnością przyjęłam propozycję Zawszepolki poprowadzenia Weekendowej Cukierni #9:)
Wybrałam dwa przepisy. Pierwszy z nich, to pyszne ciasto brzoskwiniowe z kandyzowanym imbirem.
Słoneczne brzoskwinie, to dla mnie kwintesencja lata, jedzone tak jak jabłko, z sokiem cieknącym po brodzie, dłoniach i łokciach:)
To ciasto jest moim zeszłorocznym odkryciem, ale w tym roku wróciło ze zdwojoną siłą:)
Popatrzcie tylko na składniki - to nie może nie smakować!!!
Autorka, u której znalazłam przepis, podaje to ciasto udekorowane tylko macerowanymi brzoskwiniami, co widać na zdjeciu w linku. Ja z kolei pokrywam je warstwą bitej śmietany, a macerowane brzoskwinie podaję osobno w miseczce. Można również: podwoić proporcje, upiec dwa placki i przełożyć jak tort bitą śmietaną i brzoskwiniami. Czyli - dla każdego coś miłego:)))
Drugi przepis, to podany kiedyś przeze mnie przepis na Maids of Honour. Jak podaje źródło, są to ulubione ciastka króla Henryka VIII. Piekłam je już, aby sprawdzić, czy są „jadalne”. Proponując je tutaj, uważam, że nie jest z nimi aż tak źle, ale również nie powalają smakiem na kolana:) Powiem tylko, że czegoś podobnego nigdy przedtem nie jadłam:) Więc, kto chce, kto jest ciekawy smaku, polecam również, obok ciasta z brzoskwiniami, upieczenie Maids of Honour.

Ciasto brzoskwiniowe z kandyzowanym imbirem
forma ø 23 cm, szklanka = 250 ml

1 szkl. mąki
szczypta soli
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka sproszkowanego imbiru
1/2 łyżeczki cynamonu
1/4 szkl. miękkiego masła (daję 60 g)
1 łyżeczka otartej skórki z cytryny
3/4 szkl. drobnego cukru do wypieków (ważne, żeby był drobny!!!)
1 jajko
1 żółtko
3/4 szkl. zmiksowanych świeżych brzoskwiń (1-2 owoce w zależności od wielkości)
2 łyżki drobno pokrojonego kandyzowanego imbiru

Wykonanie:
Piekarnik nastawić na 175°C. Formę wysmarować masłem, dno wyłożyć papierem do pieczenia, a boki oprószyć mąką.

Wymieszać w misce mąkę, sól, sodę, proszek do pieczenia, sproszkowany imbir i cynamon. Odłożyć na bok.
Brzoskwinie sparzyć wrzątkiem, obrać ze skórki i zmiksować na puree.

W następnej misce bardzo dokładnie rozetrzeć masło ze skórką cytrynową (do białości). Stopniowo wsypywać cukier i miksować aż masa będzie biała i puszysta. Dodać jajko, dobrze zmiksować. Dodać żółtko i znów zmiksować. Teraz zmniejszyć obroty na najwolniejsze (lub w ogóle odłożyć mikser i wziąć łyżkę - jak ja to robię). Połowę mieszanki mącznej przesiać do masy maślano - jajecznej i wymieszać delikatnie tylko do momentu połączenia się składników. Wlać puree brzoskwiniowe i wmieszać je w masę. Teraz dodać drugą połowę mąki i kandyzowany imbir i znów delikatnie wymieszać, aby składniki tylko się połączyły.

Ciasto przełożyć do formy, wstawić do nagrzanego piekarnika i piec około 35 min.
Wyjąć, ostudzić przez 10 min i wyjąć z formy. Przygotować macerowane brzoskwinie i/lub bitą śmietanę.
Podawać w jednym z wariantów podanych w notce powyżej.

Macerowane brzoskwinie (autorka nie podaje proporcji - poniżej proponuję sprawdzone przeze mnie proporcje)
(1 nieduża miseczka)

1 duża brzoskwinia
sok z pół cytryny
1 łyżeczka cukru pudru


Brzoskwinię sparzyć wrzątkiem i obrać ze skóry. Pokroić na ósemki i jeszcze na pół (lub mniejsze, jak ktoś woli). Cukier wsypać do miseczki, zalać sokiem z cytryny, wymieszać. Dołożyć pokrojone brzoskwinie i całość wymieszać. Gotowe!


Maids of Honour
12 ciastek

250 g curd cheese (dałam twaróg śmietankowy Piątnicy)
75 g miękkiego masła
2 jajka
1 łyżka brandy
2 łyżki cukru pudru
25 g mielonych migdałów
szczypta gałki muszkatołowej
250 g gotowego ciasta francuskiego


Formę do muffinek natłuścić porządnie i wgłębienia wykleić ciastem francuskim. Wszystkie pozostałe składniki połączyć ze sobą i łyżką wyłożyć do przygotowanych wgłębień. Piec 15 - 20 min w temp. 220°C aż będą złotobrązowe, a nadzienie ścięte.
Moim zdaniem najlepiej smakują zaraz po całkowitym wystudzeniu.

czwartek, 16 lipca 2009

Zamek w Rzucewie





Jak to jest, gdy ma się jedną dobę tylko dla siebie, w przepięknym otoczeniu wśród śpiewu ptaków, alei lipowych i bezkresnej zieleni, a do morza wystarczy zejść ścieżką w dół? Jest spokojnie. Niespiesznie. Bezproblemowo. Odstresowująco. Baterie się ładują nawet w tak krótkim czasie, jakim jest jedna doba.



Zamek w Rzucewie koło Pucka, całkiem blisko mojego domu, okazał się tym miejscem, gdzie odpoczęłam i nabrałam sił. Przyroda, stare meble, szarlotka jedzona widelczykiem wyjętym z pudełka wyłożonego czerwonym aksamitem Miejsce z duszą. Taki jest zamek w Rzucewie.
Parter i ogród można zwiedzać, jak też korzystać z restauracji i kawiarni nawet nie będąc gościem hotelowym. Ot tak, po prostu, będąc przejazdem w drodze na Hel.
Kto nie widział, polecam!



Zamek Jan III Sobieski
Rzucewo 6
84-100 Puck

poniedziałek, 13 lipca 2009

Dżem czereśniowo-porzeczkowy



Nie mam piwnicy, ani chłodnego miejsca w mieszkaniu, a mimo to w tym roku zrobiłam już kilkanaście słoiczków z dżemem. I mam zamiar przygotować ich jeszcze więcej! Trzymam je w spiżarni - pomieszczeniu, którego połowa jest pralnią (pralka, suszarka, deska do prasowania, żelazko itp, a połowa zastawiona regałami i półkami, gdzie trzymam swoje kuchenne skarby i zapasy (od mąki, cukru i makaronu, przez oliwy, puszki z rybkami, aż do proszku do pieczenia i rodzynek). Jest tam zapas jedzenia i wody (gazowanej i niegazowanej) tak wielki, że na wypadek jakiegoś kataklizmu jesteśmy zabezpieczeni od strony kulinarnej:)
W tym roku zrobiłam przetasowanie puszek, torebek i paczuszek z jedzeniem, aby uzyskać miejsce na przetwory. Udało się wygospodarować całą półkę w szafie - najniższą, jako, że tam będzie najchłodniej (chociaż nie wiem, czy to ma duże znaczenie mieszkając w bloku, gdzie sąsiedzi grzeją od dołu). Ale przynajmniej mam czyste sumienie, bo teoria mówi, że ciepło ucieka do góry:)
Półka gości już u siebie dżem truskawkowo-rabarbarowy, truskawkowo-jagodowy Komarki (świeżutki - dzisiejszy) oraz czereśniowo-porzeczkowy (też dzisiejszy). Ilością owoców i cukru wzorowałam się na dżemie Komarki z truskawek i jagód, który zrobiłam rano, a wczesnym popołudniem, z rozpędu zrobiłam ten oto:




Dżem czereśniowo-porzeczkowy

500 g czereśni (ważonych po wydrylowaniu)
500 g czerwonych porzeczek
500 g cukru


Czereśnie wydrylowałam, a porzeczki oczyściłam z szypułek. Oba gatunki owoców wsypałam do garnka i zasypałam cukrem. Odstawiłam na 2 godziny. Zagotowałam, następnie zmniejszyłam gaz i gotowałam często mieszając aż dżem zgęstnieje. Gorący przełożyłam do wyparzonych słoików i zakręciłam. Postawiłam je do góry nogami i owinęłam w koc, aby powoli stygły.

niedziela, 12 lipca 2009

Balkonowo-tymiankowe żniwa :)



Balkon. Mój letni pokój. Mój, nie dlatego, że z nikim się nim nie dzielę, ale dla tego, że tam latem czuję się najlepiej. Gdy tylko nie pada, spędzam na balkonie choć chwilę w ciągu dnia. Wcale nie musi być gorąco i słonecznie, abym wyszła tam posiedzieć. Dzisiaj, gdy były chmury na niebie i lekki wiatr, usiadłam na miękkim krześle ogrodowym, na drugim oparłam nogi dając im odpocząć, opatuliłam się w koc i czytałam książkę. Kilka godzin. Dzisiaj naprawdę mogłam sobie na to pozwolić:) Momentami, odrywając się od lektury, słuchałam głosów przechodniów i bzyczenia pszczół w moim jedynym krzaczku lawendy. Nie namyślając się długo poszłam po sekator i zrobiłam 5 sadzonek z mojego krzaczka. Kto powiedział, że mam mieć tylko jeden krzew lawendy?





Tymianek wybujał niesamowicie i już w zeszłym tygodniu został „skoszony” i wysuszony na słońcu, które wtedy świeciło nieustannie. Mięta i oregano na bieżąco są podskubywane. Bazylia, również poszła „pod sekator” i została przerobiona na pesto.
W drugiej donicy, poziomki owocują nieustannie, wydzielając nam co parę dni po trzy czerwone owoce. Służą jako ozdoba lodów:) Czego się spodziewać po dwóch krzaczkach :)?
Gdy nadeszła pora obiadu, zrobiłam szybkie i pyszne danie z udziałem suszonego tymianku własnej produkcji. Ten suszony ma sto razy wyraźniejszy aromat niż świeży.
Wzorowałam się na przepisie Pascala Brodnickiego. Parę lat temu trafiłam na kilkuminutowy filmik w telewizji, gdzie podawał przepis na kurczaka w sosie śmietanowo-ziołowym. Na jego podstawie powstała moja wersja, nieco zmieniona.



Pierś z indyka z suszonym tymiankiem
2 porcje

250 g piersi z indyka
1 ząbek czosnku
150 ml śmietany kremówki
1 łyżeczka suszonego tymianku
sól i pieprz do smaku

Pierś z indyka kroimy w paski. Podsmażamy na oliwie aż się zarumieni. Nie ściągając z palnika wlewamy śmietanę, dodajemy przeciśnięty przez praskę ząbek czosnku, suszony tymianek, sól i pieprz. Dusić przez chwilę, aż część śmietany wyparuje. I gotowe!
Podajemy z makaronem.

czwartek, 9 lipca 2009

Wędrujące jagodowe babeczki...



... po blogach :)))
Ale najpierw takie oto wspomnienie z dzieciństwa - wczesne lata podstawówki:)
Schodzę krętą stromą ścieżką w dół, mijam stację kolejki na Gubałówkę i już jestem na miejscu. Targ pełen oscypków, białych owczych serów, jajek, grzybów i jagód. Wszystko to sprzedają góralskie gospodynie w chustkach na głowach. Mają opalone twarze i dłonie. Pokryte niezliczoną ilością zmarszczek. Chodzę po targu, przystaję przy gaździnie sprzedającej leśne jagody uzbierane w kanki na mleko. Rozglądam się dookoła. Zastanawiam się, czy wszyscy zauważyli, że ja jestem SAMA na zakupach. Bez Babci, Rodziców, Cioci. SAMA. I kupuję jagody!
To jest jedno z moich wspomnień z Zakopanego, z wakacji, które spędzałam u Babci co roku.
Pamiętam jaka byłam przejęta, kiedy Babcia pozwoliła mi iść na targ bez opieki.
Jagody były nierozerwalnie związane z moimi wakacjami w górach. W okolicznych lasach, gdzie chodziliśmy na spacery było zatrzęsienie tych owoców. Tu, na Kaszubach, czy w Borach Tucholskich nigdy nie widziałam tylu krzaczków jagodowych na raz - jak okiem sięgnąć - granatowo!
Zbieraliśmy lub kupowaliśmy na targu jagody i jedliśmy je z cukrem i śmietaną, w placku lub w pierogach.
Pierwsze tegoroczne jagody, a miało to miejsce dwa tygodnie temu, użyłam do wypełnienia jagodzianek. Były to bardzo ważne jagodzianki, ponieważ owoce zrywaliśmy sami w naszych lasach! Kucając przez całe wieki przy jagodowych krzaczkach nazbieraliśmy ... niemal 200 g! Nie lada wyczyn, zważając na fakt, że większość owoców wokoło była jeszcze niedojrzała i wybieraliśmy po 2-3 granatowe kuleczki z każdego krzaczka.
Dzisiejsze jagody kupiłam, nie zbierałam sama, lecz są równie dobre! Wylądowały one w babeczkach, które, niby łańcuszek Św. Antoniego wędrują od bloga do bloga. Od Tatter, poprzez Margot i Polkę i pewnie wiele innych, aż dotarły do mnie.
Są aksamitnie maślane i nie za słodkie. I bardzo, ale to bardzo puszyste i delikatne. Gorąco polecam!
Zrobiłam z 1,5 porcji. Podaję tak właśnie przepis. Oryginał mam od Margot i wg Niej powielałam składniki.



Jagodowe babeczki
15 dużych ciastek (ale spokojnie wyszłoby więcej, bo ładowałam ciasta do pełna)

187 g masła miękkiego
150g drobnego cukru
4 jajka
187g przesianej mąki tortowej
1,5 płaskiej łyżeczki proszku do pieczenia
200 g jagód (ale Tatter twierdzi ,że inne owoce tez mogą być)
Kilka kropel dobrej esencji waniliowej


Miękkie masło utrzeć z cukrem do białości, potem dodawać po jednym jajku i za każdą razem dobrze ubić, do miski dodać przesiana mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia, delikatnie wymieszać . Na końcu dodać jagody i esencję waniliową i po delikatnym wymieszaniu nakładać do foremki muffinowej wyłożonej papilotkami lub do pojedynczych foremek. Piec w 190°C ok. 20-25 minut.

niedziela, 5 lipca 2009

Zlot żaglowców w Gdyni i grog admiralski:)


>

Mir z Rosji



Ależ intensywny tydzień za nami! Tydzień pięknej, letniej pogody, zlotu żaglowców w Gdyni i plażowania!
Jako, że Krzyś te parę dni wakacji był w domu (od teraz do końca lipca znowu ma wakacje na całego), a w sierpniu będziemy coś improwizować:)
Na Skwerze Kościuszki w Gdyni oglądaliśmy kilkadziesiąt żaglowców z wielu europejskich krajów. Był niemiecki Alexander von Humboldt z zielonymi żaglami (który zasłynął reklamą pewnego piwa;)), był też holenderski granatowy Eendracht, którym każdy, kto ma trochę wolnej gotówki może popłynąć w rejs - ten żaglowiec zwiedzaliśmy. Z pomieszczeń dla załogi unosił się akurat bardzo miły obiadowy zapach ... Jednak najbardziej niezwykłym okrętem (pomimo całkiem typowego wyglądu) był brytyjski Lord Nelson, jedyny na świecie przystosowany do obsługi przez osoby niepełnosprawne. Zbudowany w latach osiemdziesiątych, pochłonął wtedy 15 mln funtów, z czego 6,5 mln dał brytyjski totalizator sportowy. Na żaglowcu są np. specjalne windy wciągające na reje wózki inwalidzkie! A osoby niewidome mogą sterować dzięki kompasowi akustycznemu.
Spacerując wśród żaglowców zbieraliśmy pieczątki (i tatuaże!) z ich sylwetkami, zamienialiśmy słówko z załogą, obserwowaliśmy ludzi z wielu krajów. Z każdej strony inny język! Niech antyglobaliści mówią co chcą, ale ja uwielbiam poznawać obcokrajowców. To mnie podnosi na duchu:)
To nic, że był niesamowity tłok i paraliż komunikacyjny, to nic, że upał sprawiał, że ręce się lepiły, i tak było pięknie! Tyle żaglowców w jednym miejscu, to niesamowity widok. Trzy dni z rzędu wracaliśmy w to samo miejsce i nie mieliśmy dość. Nasyciliśmy się widokiem aż do następnego zlotu żaglowców za kilka lat.
A poniżej kilka zdjęć z imprezy:)

Honorowy gospodarz imprezy, obchodzący w tym roku 100-lecie Dar Pomorza

Georg Stage z Danii

Lord Nelson z Wielkiej Brytanii

Mir z Rosji

Alexander von Humboldt z Niemiec

Eendracht z Holandii

wejście na mostek na Eendracht'cie

Roald Amundsen z Niemiec, Morgenster z Holandii i Tre Kronor af Stockholm ze Szwecji

Pogoria z Polski




Poniższą część posta napisałam z pomocą Bartka, który jest pasjonatem żeglarstwa, sam również żeglował do niedawna, choć z braku czasu niestety nie daje rady teraz. Ale, może kiedyś...
Chciałam połączyć notkę ze zlotu z gotowaniem. Ale jak tu przygotować danie, które najbardziej oddawałoby klimat dawnych żaglowców i nadawałoby się do jedzenia? Dzisiaj, gdy mamy lodówki nie wyobrażamy sobie nawet jak można było żyć na statku, który płynie przez ocean nawet kilka miesięcy... Przecież nie zaserwuję sucharów z robakami, stęchłej wody czy suszonego mięsa, które najpierw trzeba moczyć przez tydzień, żeby dawało się ugryźć....
Na szczęście jest coś, co nadaje się do poczęstowania Was. Tradycyjny napój brytyjskiej Marynarki - grog. Twórcą grogu był admirał Edward Vernon, który wprowadził go na okrętach swojej eskadry 21 sierpnia 1740 roku. Zastąpił nim wydawany dotychczas marynarzom rum. To, wydawało by się, drobne wydarzenie jakim było wymieszanie rumu z wodą okazało się doskonałym pomysłem. Po pierwsze wpłynęło pozytywnie na dyscyplinę załóg na okrętach - wcześniej nagminnym było zbieranie dziennych racji rumu (300 ml) i picie kilku racji na raz. Po drugie, aby nieco stłumić smak stęchłej wody dodawanej do rumu dodawano jeszcze soku z limonek. I ten właśnie drobiazg był tym, co spowodowało, że zwyczaj picia grogu na okrętach wszedł do tradycji Royal Navy. Otóż okazało się, że żeglarze, którzy piją grog są zdrowsi, przede wszystkim znacznie rzadziej zapadają na szkorbut, który był najczęstszą przyczyną zgonów wśród załóg. Dzisiaj wiemy, że szkorbut jest spowodowany brakiem witamin, ale wtedy nikt jeszcze o witaminach nie słyszał... A przecież sok z limonki jest bogatym źródłem witaminy C....
Co ciekawe, tradycyjne wydawanie grogu dwa razy dziennie zostało zakończone dopiero w 1970 roku...

Grog Admirała Vernona:

16 uncji soku z limonki
1 funt brązowego cukru
1 pinta ciemnego rumu
1/2 galona wody (nie musi być stęchła;)

dla nieobytych z imperialnymi jednostkami miary:
450 ml soku z limonki
450 g brązowego cukru
570 ml ciemnego rumu
2250 ml wody




Dla lepszego efektu polecam szantę, której można posłuchać na bocznym pasku. Dość ciężko było mi znaleźć jakąś przyzwoitą ;) Długie rejsy po morzach to nie tylko "nienajlepsze" jedzenie:)))
Nic dziwnego, że do Royal Navy brano ludzi w łapankach...

piątek, 3 lipca 2009

Ciasto z czereśniami i kremem mascarpone


Każdego roku odnoszę wrażenie, że u nas w domu czar czereśni przyćmiony jest wszechobecnymi truskawkami. Nie wiem czemu tak się dzieje, bo przecież czereśnie lubimy i to bardzo. A jednak królują truskawki - ze śmietaną, w cieście, w dżemach itp. A czereśnie - od czasu do czasu. Mam tendencję do kupowania truskawek, mówiąc sobie, że czereśnie kupię jutro. Następnego dnia - idąc po owoce - odruchowo znów proszę o truskawki:)
Udało mi się w końcu parę dni temu, używając całej siły woli zrobić czereśniowe zakupy!!!
Część owoców wylądowała w cieście.
Tartę, jaką miałam zamiar wykonać z udziałem czereśni widziałam w zeszłym sezonie u Marthy Stuart (lubię jej przepisy i często z nich korzystam). Lecz, jak to ja, oczywiście nigdzie nie odnotowałam przepisu, myśląc, że jak przyjdzie czas, to sobie go znajdę. No więc przyszedł czas, a przepis na stronie Marthy „wcięło”. Nie mogę go znaleźć i już! Trudno. Nie podam linka.
Nawiasem mówiąc, wygrzebując z czeluści pamięci ten przepis, po zapisaniu na kartce, pozmieniałam go dokumentnie - tak jakoś wyszło. I z tarty czereśniowo-malinowej zrobiło się nagle ciasto czereśniowo-truskawkowe (a jednak te wszędobylskie truskawki nie pozwoliły o sobie zapomnieć:)).
Kruche ciasto zastąpiłam biszkoptem Karolci, który robiłam już kilkakrotnie. Nie dość, że ma wspaniały smak, to jeszcze zniewalający karmelowy zapach rozchodzi się po całym domu - z powodu dodatku białej czekolady do ciasta.
Dżem malinowy zastąpiłam domowym truskawkowo-rabarbarowym.
Takie ciasto wyjęte prosto z lodówki, popite mrożoną kawą doskonale orzeźwia w taką pogodę jaką mamy od paru dni :)





Ciasto z czereśniami i kremem mascarpone
Blaszka ø 20 cm (u mnie 23 cm)

Biszkopt:
2 jajka
4 łyżki cukru
5 1/2 łyżki mąki pszennej
50 g stopionej białej czekolady


Krem:
125 g serka mascarpone
65 g twarożku śmietankowego do serników (np. Piątnicy)
40 g cukru pudru
100 ml śmietanki 30 - 36 %


Ponadto
20 - 30 g czereśni
6 łyżek dżemu truskawkowego + jeszcze trochę do posmarowania biszkoptu

Jajka ubić z cukrem mikserem na pulchną masę (około 10 min.). Dodać przesianą mąkę, wymieszać delikatnie łyżką, a następnie dodać roztopioną czekoladę i wymieszać.
Wlać do formy wysmarowanej masłem i wysypanej mąką i piec 25 min w temp. 180°C.
Biszkopt wystudzić.
Dżem wyłożyć do rondelka (6 łyżek), zmiksować na gładką masę i podgrzać. Zdjąć z palnika.
Przygotować czereśnie: każdą przekroić na pół, pozbawić pestek i wrzucić do dżemu. Wymieszać, aby wszystkie pokryły się dżemem.
Wystudzony biszkopt ułożyć na talerzu, posmarować dżemem, posmarować kremem mascarpone i ułożyć czereśnie.