czwartek, 29 stycznia 2009

Polędwiczki wieprzowe pod serową kołderką



To danie to mój absolutny faworyt w kategorii kuchni tradycyjnej. Nie ma tu przypraw egzotycznych ani dodatków niedostępnych w sklepiku za rogiem. Polędwiczki wieprzowe w takiej postaci robię czasem gdy mamy gości i dodam nieskromnie, że wszystkim smakują:) Jest to obok kurczaka ulubione mięso dzieci, z powodu niezwykłej delikatności i miękkości. Polędwiczki nigdy nie są suche. Wręcz przeciwnie, są tak soczyste, że rozpływają się w ustach. Są to najlepsze moim zdaniem części mięsa wieprzowego i często wybieram właśnie je. I gdy tylko idę do mojego ulubionego (firmowego!) sklepu mięsnego i widzę ładne polędwiczki, kupuję. Nigdy natomiast nie nabywam mięsa ani wędlin w hipermarketach. Wolę u mojego pobliskiego „rzeźnika”, gdzie aż trudno uwierzyć, ale naprawdę pachnie:)
A tymczasem bierzemy plecak i jedziemy na ferie do pięknie zaśnieżonego Zakopanego. Mamy nadzieję przypomnieć sobie jak wygląda śnieg, bo już trochę zapomnieliśmy;) A zatem do zobaczenia wkrótce!

Polędwiczki wieprzowe z pieczarkami i serem

2 średniej wielkości polędwiczki wieprzowe
1 duża cebula (lub por - część biała i trochę zielonej)
400 g małych pieczarek
100-110 g żółtego sera w plastrach
sól, pieprz

Pieczarki umyć, obrać i pokroić na ćwiartki. Cebulę pokroić w półplasterki.
Polędwiczki pokroić na plastry grubości 1 cm. Na patelni z pokrywką rozgrzać olej i poukładać plastry mięsa ciasno jeden koło drugiego. Oprószyć solą i pieprzem i usmażyć
W międzyczasie na drugiej patelni rozgrzać olej i zeszklić cebulę. Następnie dodać pieczarki i dusić aż wyparuje cała woda. Przyprawić solą i pieprzem.
Gdy mięso się zrumieni, plastry odwrócić na drugą stronę, oprószyć solą i pieprzem i usmażyć z tej strony. Usmażone mięso przykryć równomiernie pieczarkami z cebulą i dusić pod przykryciem na małym ogniu ok. 40 min. Jak trzeba, podlać odrobiną wody. Po tym czasie całość obłożyć plastrami sera, przykryć jeszcze na 15 min. Gotowe! Podawać z ryżem.

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Ślimaczki kawowo - orzechowe




Ciasteczka w kształcie ślimaczków robiłam po raz pierwszy. Jakoś wcześniej nie nadarzyła się okazja. Powstają one przez zwinięcie dwóch warstw w roladę, a po schłodzeniu pokrojenie w plastry i upieczenie. Kilka lat temu otrzymały one pierwszą nagrodę w corocznym konkursie ciastek Dallas Morning News w Stanach Zjednoczonych. Wcale się nie dziwię, ponieważ są przepyszne. Część twarożkowa dekoracyjnie „listkuje”, a w części orzechowej czuć idealną harmonię smaków klasycznego połączenia orzechów i mocnej kawy. Spód „ślimaczków” jest lekko skarmelizowany i przez to chrupiący dodając jeszcze jedną zaletę tym ciastkom.
Przepis zaczerpnęłam z książki „The Best American Recipes 2004 - 2005” wypatrzonej w kolekcji AgnieszkiH z "Mojej kuchni nad Atlantykiem". Autorzy książki twierdzą, że ślimaczki orzechowo - kawowe nadają się i do kubka kawy i do brandy, jak również do szklanki mleka dla tych, którzy podjadają w nocy:) W pełni się z nimi zgadzam, ale co do podjadania w środku nocy wierzę na słowo, bo już wieczorem u nas nie było czego podjadać, a co dopiero w nocy:)
Polecam gorąco!



Ślimaczki kawowo - orzechowe
24 szt

230 g masła
szczypta soli
230 g serka typu Philadelphia
2 szkl mąki
2 szkl (165 g) mielonych orzechów włoskich (trę orzechy ręczną tarką do tarcia czekolady, mają wtedy konsystencję np. wiórków kokosowych)
1 szkl. cukru
0,25 szkl mocnej, zimnej kawy (lub więcej jak potrzeba)

Masło utrzeć z serkiem. Stopniowo dadawać mąkę aż powstanie gładkie ciasto. Zagnieść w kulę, przykryć i odłożyć. Orzechy wymieszać z cukrem i dolewać stopniowo tyle kawy, aż mieszanka będzie wilgotna i spójna.
Blat posypać mąką. Ciasto rozwałkować na prostokąt grubości 6-7 mm. Na nim rozsmarować orzechy zostawiając 2 cm wolnego miejsca od krawędzi. Ostrożnie zwinąć roladę. Zlepić brzegi. Zawinąć w folię i włożyć do lodówki na 1-4 godz. Ja włożyłam na całą noc.
Po schłodzeniu ciasta wyjąć je z lodówki i kroić nitką dentystyczną na plastry grubości 12 mm. Ja kroiłam nożem. Po ponad 10 godzinach w lodówce krojenie nożem nie stanowiło problemu.
Piekarnik nastawić na 180°C. Ciastka układać na blasze na papierze do pieczenia w odległości 2 cm i piec 23-27 min aż się lekko zezłocą. Studzić na kratce. Najlepiej smakują w dniu pieczenia.

sobota, 24 stycznia 2009

Weekendowa piekarnia #16 Chleb jajeczno - maślany na zakwasie z puree ziemniaczanym




W tym tygodniu Weekendowa Piekarnia Margot gości u Atiny, która zaproponowała dwa wypieki: chleb jajeczno - maślany na zakwasie z puree ziemniaczanym wypatrzony na blogu Agnieszki - „Moja kuchnia nad Atlantykiem” oraz paluszki Grissini Rubata z blogu Tatter „Palce lizać!”.
Zdecydowałam się na jeden wypiek, a był nim chleb. Bardzo dobry i pasował do wszystkiego. Do dżemu, do sera i do wędliny. Bardzo się cieszę, że Agnieszka podając ten przepis napisała, że zamiast koszyka do wyrastania chleba sprawdza się durszlak. Wypróbowałam tą radę i stwierdzam, że pomysł trafiony w dziesiątkę:)
Bardzo dziękuję Atinie za wybranie pysznego chlebka:)



Chleb jajeczno - maślany na zakwasie z purée ziemniaczanym

3 kopiaste łyżki płatków ziemniaczanych (purée w proszku)
100 ml wody (dodałam 3 łyżki więcej, bo ciasto było zbyt gęste)
150 ml mleka
150g (około ½ szklanki) żytniego zakwasu
35g (2 łyżki) masła, roztopionego
1 jajko, lekko roztrzepane
275g mąki pszennej 65 (dałam w sumie 525 g mąki typ 650)
250g mąki pszennej 80
1 łyżeczka soli
1 2/3 łyżeczki drożdży


Płatki ziemniaczane rozrabiamy w gorącej wodzie i w mleku. Mieszamy z zakwasem i wlewamy do pojemnika w maszynie do chleba. Dodajemy jajko i masło, a następnie resztę suchych składników. Wyrabiamy na programie "Dough" i pozostawiamy w maszynie do końca pierwszego rośnięcia. (Ja wyrabiałam mikserem wrzucając do miski składniki w takiej kolejności jak do maszyny do chleba)
Po tym czasie , gdy ciasto podwoi objętość, odgazowujemy je i formujemy okrągły bochenek. Ponieważ jest dość luźne najlepiej jest pozostawić je do drugiego rośnięcia w koszyku do wyrastania chleba wyłożonym grubo posypanym mąką płócienkiem (zamiast koszyka świetnie sprawdza się durszlak ;) ). Koszyk przykrywamy i odstawiamy do ponownego podwojenia objętości, u mnie zabrało to ok. 40-45 min.
W tym czasie nagrzewamy piekarnik do 240ºC. Ostrożnie obracamy ciasto i wykładamy na papier do pieczenia, nacinamy i następnie przenosimy je do piekarnika na kamień do pieczenia. Spryskujemy piekarnik i chleb wodą (kłania się niezawodny zraszacz do kwiatów) i pieczemy w opadającej temperaturze przez 30-35min (pierwsze 10 min w 240ºC, następne 10 min w 220ºC i ostatnie 10-15 min w 200ºC) .

środa, 21 stycznia 2009

Syrop z cebuli


Dzisiejszy przepis jest dedykacją dla wszystkich przeziębionych, kichających i kaszlących. Zapisuję go tutaj, ponieważ wierzę, że uchronił nas przed poważniejszymi infekcjami, które mieliśmy ostatnio - cała trójka. Każdy z nas pił ten syrop na początku choroby, jak tylko czuliśmy, że „coś nas bierze”.
Jak choróbsko się już rozpęta na dobre, to ten syrop może być dodatkiem do leków, ale jak wyczujemy odpowiedni moment, być może z pomocą takiego syropu uda się uniknąć długotrwałego leżenia w łóżku? Syrop z cebuli jest pomocny przede wszystkim przy kaszlu, ułatwia odksztuszanie i nawilża gardło. Również ogólnie wzmacnia organizm i może pomóc właśnie przy pierwszych objawach przeziębienia.
Przepis z „Przyjaciółki”

Syrop z cebuli

2 duże cebule
0,5 szkl. cukru
1 łyżka miodu
0,5 cytryny

Przygotować około półlitrowy słoik lub inne naczynie emaliowane o podobnej objętości. Cebulę posiekać, włożyć do słoika i przesypywać warstwami cukru. Przykryć i pozostawić w ciepłym miejscu na 3 godziny. Po tym czasie można trochę przygnieść tłuczkiem, żeby wycisnąć więcej soku i zlać sok do innego naczynia. Tam połączyć go z miodem i sokiem wyciśniętym z pół cytryny. Przecedzić i wlać do szklanego słoiczka. Przykryć i trzymać w lodówce. Pić 3 razy dziennie po 1 łyżce, po posiłkach.

wtorek, 20 stycznia 2009

Ciasto jogurtowe




Chociaż karnawał jeszcze trwa, powoli przestawiam się na „spokojniejsze” ciasta. Z pewnością zrobię niedługo coś z orzechami, nim się skończy sezon i jeszcze z jabłkami, bo te niedługo już nie będą takie słodkie i soczyste. Ale zanim nastanie marzec i kwiecień (które w moim odczuciu są najbardziej ubogie owocowo i orzechowo) zdążę jeszcze nacieszyć się jesiennymi owocami - trochę nie pasuje, ale jak inaczej nazwać jabłka i orzechy? :)
Tymczasem zrobiłam ciasto jogurtowe. I jestem z siebie dumna.
Udane ciasto jogurtowe próbuję zrobić nieprzerwanie od czterech lat. Zawsze z tym samym skutkiem Zakalec. Ciasto o konsystencji gęstej masy budyniowej. Testowałam kilka przepisów i zawsze było to samo. Nie wiem co jest tego przyczyną, ale wydaje mi się, że kluczową rolę odgrywa tutaj czas potrzebny na miksowanie jajek z cukrem. Do tej pory miksowałam krótko, tyle ile uważałam, że starczy. Za krótko - jak sądzę. Teraz pierwszy raz miksowałam jajka 15 minut (a raczej mikser robił to za mnie) i udało się:) Ciasto jest lekkie, choć „mięsiste” i nieco inne w smaku, konsystencji i kolorze niż babki tzw. piaskowe. Teraz, gdy już umiem je robić czeka mnie wersja z owocami i glazurą morelową... ale to za jakiś czas. Na chwilę obecną jest to moje ulubione „ciasto codzienne”. Ulubione tym bardziej, że takie wyczekane:)
Przepis znalazłam na forum cincin tutaj



Ciasto jogurtowe
Foremka 30x22 cm
4 jajka
450 g mąki
320 g cukru
30 g cukru waniliowego
300 ml jogurtu naturalnego
200 ml oleju
2 łyżeczki proszku do pieczenia


Mąkę przesiać do miski z proszkiem do pieczenia i odstawić. Jajka ubić z cukrem i cukrem waniliowym na gęsty, puszysty krem. Ubijać minimum 10 minut na najwyższych obrotach miksera. Zmniejszyć obroty, dodawać jogurt w kilku porcjach podczas miksowania, a następnie stopniowo olej.
Odłożyć mikser i wsypywać po mału przesianą mąkę z proszkiem delikatnie mieszając łyżką aż składniki sie połączą. Formę wysmarować masłem i wysypać mąką. Wlać ciasto i piec 45 min. w temp. 180°C.

niedziela, 18 stycznia 2009

Marsjanie na pikniku ;)




Jeśli jesteście już odsłodzeni po Świętach, to najwyższa pora zasłodzić się na nowo:) Zaproponuję Wam co najlepiej nadaje się do tego celu:)
Parę dni temu przeglądałam z moim dzieckiem blog Majany, a konkretnie Jej serniki. Jako, że synek uwielbia wszystko co kosmiczne, zostałam zmuszona wręcz do zrobienia sernika z Marsa, który to wypatrzył między tymi serniczkami. Mnie również spodobał się ten deser i nie było odwrotu, musiałam zrobić. Krzyś przypilnował, abym na zakupach nie zapomniała o batonikach i o czekoladzie;). Robienie sernika było prawdziwą współpracą. Krzyś kruszył ciastka, mieszał je z masłem, razem miksowaliśmy serek i śmietanę, a później mieszał łyżką całą masę i wykładał ją na spód z ciastek. Ciasto tężało całą noc w lodówce, a następnego dnia po obiedzie mieliśmy prawdziwie marsjańską ucztę łącznie z Inwazją Marsjan! Wszystkim sernik bardzo smakował. Wystarczyło nam jednak po jednym kawałku na osobę, ponieważ jest bardzo słodki i syty. Sernik znaleziony u Majany piekły też wcześniej Dorotus i Liska.
Aranżację zdjęć robiła męska część rodzinki - sztuk dwa:)
Jeśli chcecie się dowiedzieć co mówią Marsjanie, którzy napadli na nasz sernik, tutaj jest link do marsjańskiego alfabetu;)






Sernik z Marsa
Składniki:
250 g ciasteczek czekoladowych digestive z czekoladą (kupiłam w Tesco)
150g rozpuszczonego masła
2 łyżki brązowego cukru
20g masła dodatkowo
300 ml śmietanki kremówki (30%)
50g mlecznej czekolady, posiekanej
3 łyżeczki żelatyny (dałam 4)
60 ml gorącej wody do rozpuszczenia żelatyny
500g białego sera kremowego (trzykrotnie mielony lub mascarpone) Ja dałam serek do wypieków President .
110 g cukru pudru
180 g batoników Mars, posiekanych
na kawałeczki ok. 1 cm


Ciastka ugnieść łyżką lub zmiksować na gładko tak, by nie było grudek. Dodać roztopione masło i wyrobić gładką masę. Tortownicę (20cm) wyłożyć folią aluminiową, następnie wyłożyć na nią masę ciasteczkową, dokładnie ugnieść.
Zrobić także boki ciasta. Wstawić do lodówki na około 30 minut.
W małym garnuszku rozpuścić dodatkowe masło z brązowym cukrem i 2 łyżkami kremówki. Ma powstać sos. Ostudzić.
W następnym garnuszku roztopić czekoladę z 2 łyżkami kremówki. Odstawić.
Ubić pozostałą kremówkę.
Żelatynę rozpuścić w gorącej wodzie.
Ser ubić z cukrem pudrem na gładką masę. Wymieszać z ubitą śmietaną. Powoli wlewać ciepłą żelatynę, wymieszać i dodać posiekane marsy.
Wyjąć z lodówki tortownicę ze spodem i ułożyć na niej połowę masy serowej, polać ją połową sosu maślanego i czekoladowego tworząc "esy-floresy". Nałożyć pozostałą część masy serowej, wygładzić i polać resztą sosów.
Wstawić do lodówki na minimum 3 godziny.

sobota, 17 stycznia 2009

Weekendowa piekarnia #15 - Chleb bananowy lekki jak piórko





Tym razem w Weekendowej Piekarni gospodynią była Ptasia prowadząca blog "Coś niecoś", która zaproponowała chlebek bananowy. Wyglądem miąższu przypomina chleb oliwski, najpopularniejszy u nas w Trójmieście. Lecz smak ma inny. Lekko słodki i nie czuć w nim bananów, ale za to sprawiają one, że chleb jest wilgotny, niezwykle mięciutki, sprężysty i delikatny. Mogłabym tak mnożyć epitety w nieskończoność, ponieważ wszyscy jesteśmy oczarowani tym chlebem. Z pewnością upiekę go jeszcze nie raz. I powtórzę za Ptasią, że najlepiej smakuje z serem. Ale ze świeżym masłem też nie ma sobie równych. Pyszny chleb. Serdecznie polecam i namawiam do wypróbowania tego przepisu. Wspaniały wypiek i proste przygotowanie. Skorzystałam z opcji „nocnej”, więc świeży chleb mieliśmy już wczesnym popołudniem.
Muszę się jednak do czegoś przyznać: nie przeczytałam dokładnie przepisu i już wieczorem wmieszałam banana i masło. Opamiętałam się dopiero przy soli i tą dosypałam następnego dnia rano. Ogromnie się denerwowałam , że chlebek mi nie wyjdzie, ale na szczęście wyrósł pięknie i wszystko się dobrze skończyło:).
Przepis podam za Ptasią, uwzględniłam w nim jakich użyłam drożdży i mąki. Na drugi raz zrobię ten chleb prawidłowo:)



Chleb bananowy lekki jak piórko
1 nieduży bochenek

Składniki zaczynu (sponge):
80g (1/2 szklanki + 1 łyżka) mąki pszennej (użyłam typ 650),
103 g wody* w temp. pokojowej,
1 łyżka (20g) miodu,
2.5g świeżych drożdży


Składniki zaczynu mieszamy w misce, roztrzepujemy trzepaczką, by wprowadzić powietrze (ok. 2 min). Ciasto będzie przypominać gęstą masę np. naleśnikową. Nakrywamy folią, odstawiamy na chwilę, podczas której przygotowujemy sobie pierwsze trzy składniki z:


Składniki ciasta chlebowego:
207g (ok. 1 1/2 szklanki) mąki pszennej,
7.5 g świeżych drożdży,
mleko w proszku, najlepiej odtłuszczone - 2 łyżki/20 g*,
4 łyżeczki (18,5g) miękkiego masła,
1 większy, bardzo dojrzały banan (113g/1/2 szklanki), lekko zmiażdżony,
1 łyżeczka soli

*Jeśli nie mamy mleka w proszku, zastąpmy wodę w zaczynie mlekiem w temp. pokojowej, najlepiej chudym

Mieszamy razem mąkę (jeśli będziemy wyrabiać ciasto ręcznie, nie w mikserze, możemy odłożyć ok. 40g z tych 207 g, i dodać je ew. - lub nie - przy wyrabianiu ciasta po wyrośnięciu, drożdże i mleko w proszku, jeśli używamy. Zasypujemy tą mieszanką zaczyn (sponge), przykrywamy dokładnie folią i odstawiamy na 1-4 h w temp. pokojowej (lub na 1 h w temp. pokojowej i potem do lodówki na 8-24 h; w przypadku leżakowania w lodówce wyjmijmy zaczyn z lodówki na 1 h przed dalszym wyrabianiem).
Po tym czasie dodajemy do ciasta banana i masło, w przypadku miksera, i wyrabiamy krótko ciasto. W przypadku ręcznym - to samo, ale z solą. Odstawiamy nakryte folią na 20 min. Po tym czasie wyrabiamy ręcznie lub mikserem (w tym ostatnim przypadku wcześniej dodajemy sól) elastyczne, gładkie ciasto. W przypadku wyrabiania ręcznego - jeśli ciasto się klei, dodajemy odsypaną mąkę, jeśli się zdecydowaliśmy na odsypanie. Ciasto może się lekko lepić do palców, ale tylko lekko. W mikserze: jeśli będzie za suche, dodać odrobinę wody.
Wyrobione ciasto odstawiamy do wyrośnięcia w natłuszczonej, nakrytej folią misce, na 1-2 h, aż się podwoi. Po tym czasie wyjmujemy na blat, rozpłaszczamy delikatnie - nie zanadto, by nie odgazować za bardzo - w prostokąt i składamy w paczuszkę lub 2 x w list. Ponownie odkładamy do wyrośnięcia, na kolejne 1-2 h. Po tym czasie formujemy właściwy bochenek prostokątny. Umieszczamy w natłuszczonej małej keksówce (na ok. 500 g bochenek, ok. 12x22 cm lub podobnie). Nakrywamy natłuszczoną folią i dajemy wyrosnąć 1 1/2-2 h, aż lekko przerośnie brzeg keksówki. Lekko naciśnięte dobrze wyrośnięte ciasto wróci powoli na swoje miejsce.
Piekarnik nagrzać do 250 st. 1 h przed pieczeniem, jeśli mamy kamień; jeśli nie, nagrzać w nim blaszkę do pieczenia, na którym postawimy keksówkę. Pieczemy w naparowanym piekarniku 5 minut, skręcamy temp. do 190 st., pieczemy 15 min, i do 180 st. - na 10 minut. Gdyby wydawał się Wam zbyt brązowy, można przykryć folią. Gotowy chleb będzie brązowy z wierzchu, a patyczek suchy. Opcjonalnie, po wyjęciu z piekarnika, gorący chleb można posmarować łyżeczką stopionego masła.

środa, 14 stycznia 2009

Mój ulubiony krupnik



Zimowy Festiwal Zupy 10.01.2009 - 20.01.2009



Jesienią i zimą zupy goszczą na naszych stołach częściej niż wiosną i latem. Nic tak nie rozgrzewa po zimowym spacerze jak talerz gorącej zupy. Niektóre nawet potrafią szybko postawić na nogi po kuracji antybiotykowej, jak rosół z kury gotowany trzy godziny. Ja w okresie jesienno - zimowym zupy jadam często na lunch/drugie śniadanie, gdy mam przerwę w pracy. Dają mi energię na parę godzin. Lubię zupy gęste, przecierane, lub z pokrojonymi w kostkę jarzynami. Nie używam mięsa, skrzydełek ani kości. Wyjątkiem jest rosół lub zupa gulaszowa.
Dzisiejszy krupnik przygotowany z okazji Zimowego festiwali Zupy zorgznizowanym przez Pelę "Zapiski kuchenne"pojawia się u mnie od sześciu lat, czyli od czasu jak zobaczyłam ten przepis w Claudii. Od tamtej pory krupnik gotuję tylko z tego przepisu. Używam pęczaku i to jest klucz do sukcesu. Myślę, że gdyby zamienić pęczak na inną kaszę, to nie byłoby to. Zupa jest kremowa, lekko zawiesista, delikatna w smaku i ma ładny kolor dzięki dodaniu mleka. Szczerze polecam!

Krupnik z pęczakiem i mlekiem
4 porcje

0,5 szkl. pęczaku
1 litr wody
1 szkl. mleka
5 ziemniaków pokrojonych w kostkę
3 marchewki pokrojone w kostkę
por pokrojony w plasterki
1 grzybek suszony
1 łyżka masła
sól
pieprz
3 ziarenka ziela angielskiego
1 liść laurowy

Pęczak wypłukać. Zalać wodą i mlekiem. Zagotować. Wrzucić grzybek, ziele angielskie i listek laurowy. Po 15 minutach wrzucić marchewkę i pora, po następnych 15 minutach wrzucić ziemniaki i gotować jeszcze 15 min. W sumie 45 min. Na koniec dodać masło i doprawić solą i pieprzem.

poniedziałek, 12 stycznia 2009

Brioche pur beurre



Ze wszystkich zapachów pieczonych ciast, te drożdżowe są moimi absolutnymi faworytami. Swoim aromatem wabią domowników jak pewna kawa w pewnej reklamie:)... Zapach pieczonej drożdżówki również jest tym zapachem, który przywołuje wspomnienia domu rodzinnego czy wakacji u babci. I nie dzieje się tak tylko ze mną, czego dowodem są liczne wpisy na blogach kulinarnych poświęcone cudownym wspomnieniom związanym z tym wypiekiem. Ja zawsze szukam pretekstu, aby tylko móc upiec ciasto drożdżowe. A to ciepłe, słodkie bułeczki na pierwsze śniadanie, lub na drugie, do szkoły, a to placek na podwieczorek lub na kolację. Cieszę się, że jest takie mnóstwo wspaniałych przepisów do testowania. Jeden z nich, na pyszną brioszkę śniadaniową Brioche pur beurre znalazłam u Anoushki „...et si vous veniez manger chez nous?”. Zainteresowała mnie duża ilość masła w niej zawarta i byłam bardzo ciekawa smaku, choć po przeczytaniu składników wiedziałam, że nie będzie to taka zwykła brioszka, ale coś więcej. I nie pomyliłam się. Wyszła mięciutka, delikatna i bardzo, bardzo maślana, za to mało słodka. Wręcz idealna do duetu z domowymi konfiturami.
Brioszka inna niż wszystkie. Dziękuję Anoushce za podzielenie się tym przepisem:)
W przepisie nic nie zmieniałam, podaję go więc za Anoushką:



Brioche pur beurre (przepis Philippe Blondiaux)
2 keksówki dł. 30 cm

30 g świeżych drożdży
750 g mąki
450 g jajek
70 g cukru
11 g soli
225 g masła półsłonego (dałam niesolone, ale za to ciut więcej soli do ciasta)
350 g najlepszej jakości masła
67 ½ g wody... ;)


Wszystkie składniki należy wyjąć z lodówki na przynajmniej 2 godziny przed przygotowaniem ciasta, aby mogły osiągnąć taką samą temperaturę.
Drożdże rozpuścić w 30 g wody. Dodać mąkę wymieszaną z pozostałymi 37 ½ g wody. Jajka ubić z cukrem i solą; następnie dodać do mąki. Ciasto wyrabiać ręcznie (jest mocno klejące) lub przy pomocy robota. W czasie wyrabiania dodawać po kawałku masła. Gdy ciasto przestanie, w miarę, kleić się do rąk, odstawić na półtorej godziny do wyrośnięcia w temperaturze pokojowej. Przebić (odgazować) ciasto i wstawić do lodówki na kolejne 3 godziny. Przebić ponownie i zostawić ciasto w lodówce do powolnego wyrastania przez całą noc.
Wysmarować formy masłem. Uformować brioches (instrukcja tutaj) i ponownie zostawić do wyrośnięcia. Posmarować wyrośnięte ciasto roztrzepanym żółtkiem z odrobiną wody i ponacinać nożyczkami. Piec w nagrzanym do 180°C piekarniku z termoobiegiem do momentu, gdy brioches ładnie się przyrumienią czyli około 20 minut. Trzeba bardzo uważać gdyż brioszki lubią się przypalać! Wyjąć z form i studzić na kratce. Niestety za szybko schną, dlatego można, gdy tylko całkowicie ostygną, zawinąć je w folię spożywczą.

sobota, 10 stycznia 2009

Weekendowa piekarnia #14 - Chleb Petera





Dzisiejszy chleb w ramach Weekendowej Piekarni wybrała Tilianara. Chleb Petera. Żytni, na zakwasie z soku z kapusty kiszonej. Zaczęłam go robić w czwartek, a skończyłam dzisiaj (sobota), ale do jedzenia najlepszy będzie na jutrzejsze śniadanie. Zjadłam jedną kromkę, tą ukrojoną do zdjęcia, chleb jest bardzo dobry, lecz na razie bardzo wilgotny. Ale do rana będzie akurat:)
W czwartek wieczorem nastawiłam zakwas z sokiem z kapusty. Użyłam mąki żytniej razowej. Niestety mimo ustawienia zakwasu w ciepłym miejscu na noc, rano poza kilkoma bąbelkami zawartość miski ani drgnęła. Skorzystałam z rad „koleżanek po fachu”, które znalazłam w komentarzach u Tilianary i rano dołożyłam łyżkę mojego zakwasu żytniego. Ku mojemu przerażeniu przez kilka następnych godzin dalej nic się nie działo. Na szczęście Kass upiekła już chleb i ona oprócz łyżki zakwasu dodała jeszcze trochę mąki. Pomyślałam, że nie mam nic do stracenia i też dodałam 2 łyżki mąki. Po następnych kilku godzinach wreszcie zakwas drgnął i przystąpiłam do produkcji chleba. Zrobił się jednak późny wieczór, więc chleb w formie do wyrośnięcia zostawiłam na całą noc i rano upiekłam.
Tilianarze bardzo dziękuję za przepis, bo chleb jest wart zachodu:)
Przepis na chleb podam tak, jak ja piekłam, a oryginał znajduje się w Kuchni Szczęścia.


R2-D2 na straży chleba:)


Zaczyn:
Pół szklanki mąki żytniej razowej wymieszałam z pół szklanki ciepłej wody i 1 łyżką soku z kapusty kiszonej. Odstawiłam na noc w ciepłe miejsce. Rano dodałam 1 łyżkę zakwasu żytniego, a za parę godzin 2 łyżki mąki żytniej. Odstawiłam w ciepłe miejsce na 5 godzin do wyrośnięcia.

Chleb:
0,5 kg mąki żytniej razowej wymieszałam z 1 szklanką zaczynu. Stopniowo dodawałam 0,5 l wody z 10 g soli i mieszałam, aż powstanie miękkie ciasto. Odstawiłam na 1 godzinę w temperaturze 20-30°C. Przełożyłam je do naoliwionej formy i odstawić do rośnięcia na noc. Piekłam 15 min z parą w 240°C, a później 35 min w 220°C.

czwartek, 8 stycznia 2009

Bułeczki Scones




Pierwszy raz w życiu sconsy jadłam 11 lat temu, gdy byłam ze znajomymi na popołudniowej herbatce w domu towarowym Harrods w Londynie.
Przyniesiono je na piętrowych paterach wraz z miniaturowymi słoiczkami przeróżnych dżemików i bitą śmietaną. Do tego mocna herbata z mlekiem, a raczej esencja z mlekiem.
Oprócz sconsów podano nam kanapeczki z ogórkiem z chleba tostowego bez skórki przekrojone na pół na trójkąty i jeszcze raz - na trójkąciki.
Ostatnie, co przyniesiono w ramach popołudniowej herbatki, również na piętrowych paterach, to były miniaturowe słodkości - malutkie babeczki z owocami i bitą śmietaną, ciasteczka maślane i czekoladki.
To było piękne, niezapomniane popołudnie... Jedyny raz kiedy jadłam sconsy.
Próbowałam sama je zrobić jakiś czas temu, ale mi nie wyszły :( Okazało się, że to nie jest wcale takie proste. Ale nie dałam za wygraną. Poszukałam trochę w internecie, dokształciłam się i bogatsza o wiedzę teoretyczną przystąpiłam do drugiego podejścia. Przepis, z którego piekłam wcześniej trochę sobie zmieniłam (wedle wskazówek jakie znalazłam) i wyszły mi takie oto bułeczki :)
Pod przepisem podaję teorię, która przydała mi się w pieczeniu sconsów.



Scones
6 szt

2-1/4 szkl. mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
100 g twardego, zimnego masła
1/4 szkl. cukru
220 ml mleka
1 jajko

Mleko rozbełtać z jajkiem, odstawić. Mąkę przesiać do miski razem z proszkiem do pieczenia. Dodać masło pokrojone na kosteczki. Rozdrabniać palcami około 1 minuty do konsystencji drobnych grudek. Wsypać cukier. Następnie za pomocą widelca mieszać ciasto wlewając małym strumieniem mleko z jajkiem. Trochę mikstury zostawić do posmarowania bułeczek przed pieczeniem. Na tym etapie można wsypać ze dwie garście rodzynek. Składniki ciasto mają być ledwie połączone ze sobą.
Blat posypać mąką i ręką wyłożyć ciasto na blat. Ciasto również posypać mąką. Dosłownie kilka razy je zagnieść ręką, aby powstała w miarę zwarta kula. Jak jest zbyt lepkie, dodać trochę mąki. Ciasto spłaszczyć ręką na grubość 2,5 cm i wykrawać okrągłe bułeczki obręczą do ciasteczek (u mnie obręcz miała średnicę 7 cm), ewentualnie szklanką. Każdą posmarować u góry pozostawioną miksturą i układać na blasze. Od razu włożyć do dobrze nagrzanego piekarnika 200°C i piec 15-20 min. Wyjąć i studzić 15 min. Jeść ciepłe, ale nie gorące.

Sconsy w teorii
- przed włożeniem sconsów do piekarnika, temperatura musi osiągnąć maximum podane w przepisie
- najlepiej mieszać widelcem, aby nie wymieszać za bardzo. Składniki muszą być jedynie połączone ze sobą
- masło musi być zimne. Wtedy, gdy będziemy mieszali je palcami z mąką utworzy się kruszonka. Nie ma być to gładka masa. W niektórych przepisach zamiast masła podaje się margarynę. Sconsy wtedy podobno lepiej trzymają kształt
- obręcz, którą wycinamy bułeczki musi być posmarowana masłem i posypana mąką. Wtedy ciasto ładnie się odkleja

wtorek, 6 stycznia 2009

Muffiny marchewkowe z orzechami i maślanką




Te muffinki powstały z mojej miłości do cynamonu, imbiru, orzechów i ciasta marchewkowego.
Upiekłam je wczoraj wieczorem. Zjadłam jedną, jeszcze ciepłą, Była pyszna! Z uśmiechem położyłam się spać. Rano, wstałam jak jeszcze było ciemno i zjadłam dwie następne popijając poranną kawą. Wiedziałam, że przede mną udany, pełen miłych wrażeń i pięknego słońca dzień. Właśnie w momencie, gdy kończyłam jeść, zobaczyłam nad lasem wschodzące słońce. Było ze mną prawie do zachodu. Śniadanie zadziałało tak jak trzeba - dało zastrzyk dobrej, pozytywnej energii. Chciałabym wierzyć, że to ta energia mi wstrzyknięta o świcie podczas pysznego śniadania sprawiła, że dzisiaj słońce świeciło tak pięknie. I chyba zadziałało, bo ja w to wierzę! :)



Muffiny marchewkowe z orzechami i maślanką
16 szt.

2,5 szkl. mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
0,5 łyżeczki sody
0,75 szkl. cukru
1 łyżka przyprawy do piernika
0,5 łyżeczki cynamonu
0,5 łyżeczki sproszkowanego imbiru
0,25 łyżeczki soli
1 szkl. posiekanych orzechów włoskich
1,5 szkl (około 4 średnie szt.) startej na średnich oczkach marchwi
1 jajko
1 szkl. maślanki
80 g stopionego i letniego masła


W dużej misce wymieszać wszystkie sypkie składniki i orzechy.
Do drugiej miski zetrzeć marchew, odcisnąć ją z nadmiaru soku, dodać maślankę, masło i rozbełtane jajko. Wymieszać widelcem. Mokre składniki wlać do suchych i wymieszać widelcem tylko do momentu połączenia się składników. Gęstą masę nakładać do foremek muffinkowych i piec około 25 min. w temp. 200°C.

niedziela, 4 stycznia 2009

Roscon de Reyes. Weekendowa Piekarnia #13






Tym razem, pierwszą w Nowym Roku Weekendową Piekarnię poprowadziła Tatter. Wybrała dwa przepisy - pieczoną na święto Trzech Króli hiszpańską drożdżówkę (chyba mogę tak nazwać to ciasto) o nazwie Rascon de Reyes oraz chleb na zakwasie Sunflower Seed Bread. Jako, że święto Trzech Króli jest pojutrze, wybrałam wieniec drożdżowy, zamiast chleba. W tym cieście ukrywa się monetę lub ziarno fasoli, a po upieczeniu, kto ją znajdzie w swoim kawałku, będzie miał szczęście:) Chleb też upiekę, ale w późniejszym terminie. Tym razem nie miałam wszystkich składników. A z powodu przeziębienia, nie chciałam wychodzić z domu, żeby się całkiem nie „rozłożyć”.
Drożdżówka jest pyszna, niezwykle delikatna. Robiłam ją z Krzysiem, który ukrył w cieście monetę, a później, po upieczeniu i polaniu lukrem dekorował kolorowymi kosteczkami ananasa. Monetę znaleźliśmy już w czwartym ukrojonym kawałku. Było dużo radości i śmiechu. No i jeszcze zrobiliśmy koronę dla Trzech Króli!

Roscon de Reyes

450g białej pszennej mąki chlebowej
1/2 łyżeczka soli
20g świeżych drożdży
70ml letniej wody
70ml letniego mleka
75g masła
75g drobnego cukru
2 łyżeczki skorki startej z cytryny
2 łyżeczki skorki startej z pomarańczy
2 jajka
1 łyżka brandy lub koniaku
1 łyżeczka wody z kwiatu pomarańczy

1 czysta mała moneta lub ziarno suszonej fasoli
1 roztrzepane białko do smarowania wierzchu chleba
garść mieszanych suszonych i kandyzowanych owoców i skórek
płatki migdałowe


Duża płaska blacha do pieczenia, wysmarowana tłuszczem.
Wszyscy posiadający foremkę do savarin mogą ja wykorzystać do upieczenia tego chleba.

Do dużej miski należy przesiać make z sola, na środku zrobić ręką dołek. Mleko połączyć z wodą i rozprowadzić w niej drożdże. Miksturę wlać do dołka i wmieszać tyle mąki, aby powstał zaczyn gęstości kwaśnej śmietany. Miskę zakryć folią i zostawić na 20 minut.

W innej misce masło ubić z cukrem, aż masa stanie się miękka i kremowa.

Do miski z mąką i zaczynem dodać skórkę starta z cytrusów, jajka, brandy i wodę z kwiatu pomarańczy. Wszystko dobrze połączyć. Następnie wyrobić dość gładkie ciasto. Dodawać stopniowo masło z cukrem. Ciasto ma być gładkie i elastyczne. Miskę dokładnie przykryć folią i zostawić w cieple na 1 1/2 godziny, do podwojenia objętości.

Wyrośnięte ciasto odgazować i raz jeszcze delikatnie zagnieść (najlepiej w serii kilku złożeń) dodając w tym czasie monetę lub fasolkę.

Następnie ciasto rozwałkować w długi pasek 66x13cm, który następnie należy zwinąć wzdłuż długiego boku (jak Swiss roll). Końce rolady połączyć ze sobą tak, aby utworzył się okrągły wieniec. Ułożyć go na przygotowanej blasze złączeniem w dół i zostawić pod przykryciem do wyrośnięcia na 1-1 1/2godziny.

Piec rozgrzać do 180C. Wierzch wieńca posmarować białkiem i posypać owocami i skorka, delikatnie wciskając je w ciasto. Posypać płatkami migdałowymi i piec 30-35 minut.

piątek, 2 stycznia 2009

paczka #2 z drugiego końca świata


Otrzymałam wreszcie paczkę, na którą czekałam kilka miesięcy. Z bardzo dalekiej wysepki Pitcairn. Mieszkają na niej potomkowie buntowników ze statku Bounty. Pisałam już kiedyś o tej wyspie :). Wyspa jest tak daleko, że w którą stronę bym nie poleciała, to jest tak samo daleko:) Dokładnie po drugiej stronie kuli ziemskiej! Zamawiałam tam już wspaniały miód. Miód ten jest zresztą moim avatarem;) Krótko po otrzymaniu paczki z miodem, zafascynowana historią Pitcairn przeglądałam internet szukając ciekawych tematów o wyspie. Znalazłam stronę, gdzie mieszkańcy prowadzą sklep internetowy swoich wyrobów oraz stronkę z przepisami z wyspy. Bardzo się tym zainteresowałam. Z przepisów wywnioskowałam, nie wiem, czy trafnie, że mieszkańcy nie mają zwierząt hodowlanych ani drobiu, bo nigdzie nie natrafiłam na danie zawierające jajka lub mięso. Za to dużo tuńczyka, ananasów i kokosów. Tym razem zamówiłam drewniane magnesy na lodówkę oraz mąkę arrowroot, występującą w kilku przepisach. Magnesy bardzo ładnie się prezentują! Wykonane są z dwóch rodzajów drewna - miro i tau. Raz do roku przy sprzyjającej pogodzie mieszkańcy płyną na sąsiednią, bezludną wyspę Henderson. Płyną z narażeniem życia, ponieważ bardzo trudno dopłynąć tam do brzegu, wokół same klify i nie ma żadnej przystani.
Mąkę arrowroot po długich poszukiwaniach znalazłam w internecie, i dowiedziałam się, że arrowroot, to maranta. Czyli roślina, która rośnie w doniczce obok mojego telewizora i której nigdy bym nie podejrzewała o to, że można ją zjeść!:) Mąkę widziałam jeszcze do kupienia w amerykańskim Amazonie.
Na paczkę (tak zresztą jak na poprzednią) czekałam baaardzo długo. Statek odwiedza wyspę raz na pół roku i wtedy hurtem bierze wszystkie przesyłki. Gdy otworzyłam paczkę (puste przestrzenie wypełnione były nowozelandzkimi gazetami z datą październikową:) i zobaczyłam mąkę, minę miałam nie tęgą. Wyglądem przypominała proszek do prania, miała bardzo podobne grudki. Zapach też trochę dziwny, niezbyt mączny... A tak nawiasem mówiąc, to dobrze, że celnicy nie przechwycili tej przesyłki, myśląc, że to jakiś nielegalna substancja ;).
Ale zaryzykowałam i upiekłam tartę ananasową. Ciasto pokryło się białą skorupką, a i konsystencja nie była taka, jakiej się spodziewałam. Jakież było moje zdziwienie, gdy wbijając nóż tak jak w zwykłą, miękką tartę owocową, napotkałam sprężynującą galaretkę ananasową! Taka właśnie robi się ta mąka po upieczeniu! Dodam jeszcze, że jest to mąka bezglutenowa.

UPDATE: wszystkim, którzy są zainteresowani kupnem mąki podaje linka do Amazona - szybciej i pewniej (zapakowana fabrycznie i nie ma obaw, że celnicy się nią za bardzo zainteresują:)



Tarta ananasowa wg Meraldy Warren z Pitcairn
Forma na tartę ø 23 cm

Ciasto
2 szkl zwykłej pszennej mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 szkl. oleju
szczypta soli
około 1/2 szkl wody

Mąkę przesiać do miski razem z proszkiem do pieczenia i solą. Dolać olej i zagniatać mikserem ciasto, wlewając powoli wodę, tylko tyle, aby zagnieść elastyczną kulę ciasta. Owinąć folią i włożyc na 20 min. do lodówki.

Wypełnienie

1 szkl. mąki arrowroot
175 g zmiksowanego świeżego ananasa
1/2 szkl. cukru
1/2 - 3/4 szkl wrzątku

W dużej misce zmieszać ananasa, cukier i mąkę aż powstanie pasta. Powoli wlewać wrzątek, cały czas mieszając.
Ciasto wyjąć z lodówki, rozwałkować i wyłożyć nim formę. Wlać nadzienie ananasowe i piec 25 min. w temp. 180-200°C.
Kroić całkowicie wystudzone.

czwartek, 1 stycznia 2009

Czekoladowa Pavlova z gruszkami



Tym tortem uczciliśmy Sylwestra i witaliśmy Nowy Rok. Pieczołowicie zbierałam w zamrażarce białka, a gdy nazbierało mi się sześć sztuk, mogłam upiec czekoladową Pavlovą. Robiłam ją już kilkakrotnie i za każdym razem zachwycam się na nowo jej smakiem. Latem, obowiązkowo z malinami, bo jakież letnie owoce lepiej pasują do czekolady? A zimą (odkryłam to rok temu) nadają się gruszki. Myślałam wtedy jakich by tu użyć owoców, bo nie uśmiechały mi się rozmrożone, miękkie maliny. Wpadłam na pomysł gruszek (zainspirowana deserem Piękna Helena zawierający czekoladę i gruszki właśnie) i tak już zostało. Moja Pavlova jest całoroczna, tyle, że z różnymi owocami w zależności od pory roku.
Przepis podpatrzyłam kiedyś u Nigelli w programie „Nigella gryzie”. Jest on również w jej książce „Lato w kuchni”. Świetnym elementem w tej bezie jest chrupiący dodatek w postaci czekolady pokrojonej na drobne kawałki. Dobrze jest użyć naszej ulubionej czekolady gorzkiej lub deserowej, ponieważ jest dość wyczuwalna.
Serdecznie polecam ten przepis. Tort jest pyszny, bardzo chrupiący i lekko ciągnący w środku, a kroi się go idealnie!


Czekoladowa Pavlova z gruszkami
8-10 porcji

Beza
6 białek
300 g drobnego cukru
3 łyżki przesianego kakao
1 łyżeczka octu balsamicznego lub winnego
50 g drobno posiekanej gorzkiej czekolady (dałam deserową)

Góra
500 ml śmietany kremówki (moim zdaniem 300 - 350 ml wystarczy w zupełności)
2 twarde gruszki (z puszki lub z samodzielnie wykonanego syropu*)
starta czekolada na grubych oczkach

Białka ubić na bardzo sztywną pianę (ja ubijałam prawie 15 minut). W połowie ubijania stopniowo łyżką wsypywać cukier i dodać ocet. Gdy piana jest gotowa przesiać do niej kakao i wsypać posiekaną czekoladę. Delikatnie wymieszać. Widziałam w jakimś programie kulinarnym, że „fachowo” pianę miesza się następująco: delikatnie łyżką robimy okrążenie na około miski, a następnie przejeżdżamy łyżką przez środek miski. I znów na około i przez środek. I tak do skutku :)
Bezę od razu nałożyć na blachę na papier do pieczenia. Uformować koło o ø około 23 cm. Włożyć do piekarnika nagrzanego do temp. 180°C. Od razu zmniejszyć temperaturę do 150°C i piec 1 godz - 75 min. Wystudzić całkowicie przy uchylonych drzwiczkach piekarnika.
Gruszki z syropu dobrze odsączyć. Śmietanę ubić na sztywno, rozsmarować na odwróconej do góry nogami bezie, posypać startą czekoladą i udekorować gruszkami.
* Gruszki w syropie. Do niedużego rondelka wlać 250 ml wody, dodać 2 łyżki cukru i 3 szt. goździków. Gruszki obrać, wykroić gniazda nasienne i pokroić na ćwiartki lub ósemki. Włożyć do wody i gotować 5 min. na małym ogniu.