wtorek, 30 grudnia 2008

Legumina z ryżu




Jakbym mogła cofnąć czas i znowu być dzieckiem, w nagrodę za grzeczne zachowanie czy za dobre stopnie chciałabym dostać... wcale nie lalkę Zuzię, co „w główce ma marzeń sto”, tylko leguminę z ryżu. Byłaby moją motywacją, starałabym się, by ją dostać i móc się nią delektować. Właśnie dzisiaj to odkryłam:)
Jest to naprawdę najlepszy deser jaki jadłam ostatnimi czasy. Pachnie delikatnie skórką z pomarańczy i chociaż kojarzy się raczej z dziećmi niż z dorosłymi, smakował mi niesamowicie. Nie umiem opisać jego smaku. Jest taki niepowtarzalny. Przywołuje na myśl wakacje i ferie u babci, śniadania i kolacje pachnące podgrzewanym mlekiem, jest prosty, bez wyszukanych składników, do zjedzenia o każdej porze dnia i nocy przez przedstawicieli każdego pokolenia:)
Przepis na podstawie leguminy z ryżu - Aniela Rubinstein „Kuchnia Neli”.






Legumina z ryżu
3-4 porcje

1,1/2 szkl gotowanego ryżu (dałam arborio)
3/4 szkl śmietanki (dałam UHT 12%)
2 żółtka
3 łyżki cukru
1 łyżka cukru waniliowego z prawdziwą wanilią
1 łyżka startej skórki pomarańczowej
3 łyżki rodzynek

Ryż przełożyć do garnka i zalać go śmietanką. Postawić na nagrzanym, wyłączonym palniku kuchenki elektrycznej lub podgrzewać na parze przez godzinę. Od czasu do czasu zamieszać. Ryż wchłonie większość śmietanki.
Żółtka ubić z cukrem do białości, dodać skórkę pomarańczową i rodzynki. Powstałą masę przełożyć do ryżu i wymieszać łyżką. Formę żaroodporną wysmarować masłem i przełożyć do niej ryż. Piec 30 min. w temp. 170°C.
Leguminę jeść ciepłą lub letnią posypaną czekoladą. Można również polać śmietanką.

niedziela, 28 grudnia 2008

Jajka panierowane


Jednymi z naszych znajomych jest para Holendrów, z którymi od kilku lat wymieniamy się prezentami pod choinkę. Oprócz pierników toruńskich (my - im) i korzennych kruchych ciasteczek (oni - nam) zawsze wysyłamy sobie jakieś drobiazgi. W tym roku dostałam od nich książeczkę z potrawami regionalnymi Flandrii Zachodniej (Belgia), Zealand Flanders (czyli holenderskiej części Flandrii) i hrabstwa Suffolk (Anglia). „Boundless Cooking” P. Stockman i P. Everaers. Książeczka oprócz przepisów ma ciekawie opisaną historię tych terenów począwszy od czasów prehistorycznych. Wertując ją z wielkim zainteresowaniem trafiłam na prościutkie danie z holenderskiej części Flandrii (Holandia pd-zach. nad granicą z Belgią). Były to jajka panierowane. Proste, lecz wydawały mi się tak dziwne, że od razu musiałam wypróbować. Wynika to pewnie stąd, że nie jestem jeszcze bardzo doświadczoną kucharką. Wielu z Was pewnie słyszało o tym daniu już nie raz:)
Usmażyłam jajka we frytkownicy i szybciutko dzielę się z Wami przepisem. Jajka w smaku przypominają trochę kotlety z jajek (które uwielbiam) dzięki obtoczeniu ich w bułce tartej. Mają bardzo chrupiącą skórkę i efektowny wygląd. Myślę, iż mimo, że to tylko jajka na twardo, nadają się na przyjęcia:)
Dodatkami do tych jajek jest por pokrojony w cienkie paski i usmażony na oliwie i gotowane szparagi. Jednak nie miałam tych składników, a ja jestem „w gorącej wodzie kąpana” i musiałam najdziwniejszy dla mnie składnik tego dania przetestować natychmiast!



Jajka panierowane
3 osoby


6 jajek + 1 do panierowania
bułka tarta
tłuszcz do smażenia „w głębokim oleju”

6 jajek ugotować na półtwardo (od momentu zagotowania 4 - 5 min.). Następnie włożyć do zimnej wody, wystudzić i ostrożnie obrać ze skorupek. Rozgrzać frytkownicę (nastawiłam na 180°C) lub duży garnek z grubym dnem. Tłuszczu musi być tyle, aby przykrywał całe jajka.
W czasie jak tłuszcz się grzeje, wypanierować jajka w rozbełtanym jajku i bułce tartej. Czynność powtórzyć. Czyli jajko-bułka-jajko-bułka. Smażyć do zrumienienia skorupki. Wyjąć do odsączenia na papierowy ręcznik i podawać. U mnie obok jajek znalazły sie brokuły, bo akurat miałam, ale jak najbardziej wskazany jest dodatek smażonych paseczków z pora i gotowanych szparagów.

piątek, 26 grudnia 2008

Nugat orzechowy



Przyjechaliśmy pod wieczór do domu po kilku cudownych dniach spędzonych z Najbliższymi. Moi chłopcy oglądają teraz Gwiezdne Wojny, więc mam trochę czasu, aby spokojnie nadrobić kilkudniowe zaległości blogowe:) W tym roku w czasie świąt nie mogłam korzystać z komputera z powodów technicznych. Tam, gdzie byłam miałam kłopoty z internetem, dzisiaj więc dziękuję Wszystkim za piękne życzenia. Mam nadzieję, że Wasze święta były pełne ciepła, wzruszeń i spotkań z bliskimi, że były to święta wyjątkowe i niezapomniane, które wracając we wspomnieniach będą wywoływać uśmiech na Waszych twarzach.
Na ten specjał zawsze czekam z ogromną niecierpliwością. U nas pojawia się tylko raz do roku, na Święta Bożego Narodzenia. Ma on magiczną moc (jak orzechowiec, o którym pisałam kiedyś), ponieważ jest w nim coś, co sprawia, że te rodzinne święta stają się jeszcze bardziej rodzinne. Nugat, bo o nim mowa, jest u nas od kilkudziesięciu lat i stawiając go na stole między innymi smakołykami, czujemy duchową obecność prababci i babci, które kiedyś tak samo jak my teraz kroiły orzechy, gotowały syrop z cukru, ubijały pianę, a później zachwycały się tym samym, wyjątkowym smakiem domowego nugatu. Podobnie jak w przypadku orzechowca, nugat jest u nas od czterech pokoleń ( może dłużej, ale nikomu nie przyszło do głowy zapytać skąd prababcia ma przepis. Zdaje się, że pochodzi ze staruteńkiej, bardzo pożółkłej książki kucharskiej, ale może było jakieś przedwojenne jej wydanie?). A w tym roku do akcji Nugat 2008 dołączył nasz Krzyś i jako, że potrafi już czytać, odmierzał na wadze orzechy. Tym samym, z wielkim wzruszeniem przyznaję, że piąte pokolenie również miało swój wkład w domową produkcję nugatu! Oczyma wyobraźni widzę, jak dzieci Krzysia kiedyś, w przyszłości, wpatrują się w ten sam przepis i mieszają syrop z miodem. Nawet nie wyobrażacie sobie jak bardzo bym chciała być tego świadkiem...
Polecam Wszystkim wypróbowanie tego nugatu. Jest bardzo słodki, lecz tak pyszny, że mimo ogromnej ilości kalorii jestem w stanie zjeść każdą jego ilość. W naszej kuchni wypracowaliśmy sobie system, gdzie w robienie tego deseru zaangażowane są dwie osoby. W sposobie wykonania uwzględnię ten „podział na role”. Może komuś przyda się ten przepis na Sylwestra?



Nugat orzechowy

50 dkg cukru
1 szkl wody
1 łyżka octu
20 dkg łagodnego miodu (lejący, ale niezbyt rzadki)
wanilia
6 białek
45 dkg orzechów włoskich
4 wafle andruty

Orzechy posiekać na kawałki (najlepiej na plasterki).
W garnku zagotować wodę, dodać cukier i ocet i ugotować syrop mieszając ciągle (konsystencja syropu: spuszczona z łyżki kropla syropu ma się ciągnąć jak nitka). Następnie dodać miód i gotować jeszcze trochę aż masa zgęstnieje.
W czasie jak syrop zaczyna gęstnieć, druga osoba ubija pianę z białek. Następnie przekłada ją do garnka (nie miski!) o pojemności ponad 2 litrów.
Teraz jedna osoba gotowy syrop powoli cienkim strumieniem wlewa do piany, podczas gdy druga cały czas miksuje pianę z dolewanym wrzącym syropem. Gdy wszystko zostanie wlane, masę w garnku postawić na parze i cały czas mieszać (my robimy to mikserem), aż masa podniesiona na mieszakach zacznie się odrywać.
Następnie dodać pokrojone orzechy i wanilię i wszystko wymieszać łyżką.
Przygotować wafle. Z czterech wafli powstają dwa oddzielne nugaty przełożone raz masą (na jednym waflu rozsmarować połowę masy i przykryć drugim. Trzeci i czwarty wafel, to części składowe drugiego nugatu). Oba nugaty przycisnąć deseczką i zostawić na parę godzin, aby stwardniały. Pokroić na porcje.

poniedziałek, 22 grudnia 2008

Pączki - oponki

Oponki drożdżowe

Miałam wczoraj małą przygodę kulinarną. Wszystko zaczęło się od tego, że zwykle po obiedzie mamy jakiś deserek. A przy niedzieli, przyzwyczailiśmy się, że jest to ciasto. Ale jakoś przy przedświątecznym natłoku zajęć nie upiekłam nic, co mogłoby stanowić słodkie zakończenie niedzielnego obiadu... I jak się można domyślać, trochę nam było z tym nieswojo:) bo coś słodkiego by się przekąsiło. Coś domowego... bo czekoladek ci u nas dostatek. Ale to nie to. Bartek wpadł więc na genialny pomysł, że przecież nie jest jeszcze tak późno i zdążymy na podwieczorek przygotować oponki-pączki we frytkownicy. Krzyś oczywiście z radości, że będą pączki mało nie wyszedł z siebie, mąż pognał do spiżarni po frytkownicę, a ja wydrukowałam przepis na pączki, który znalazłam na tym blogu. Przeczytałam składniki i dawaj do roboty! Zrobiłam rozczyn drożdżowy, odmierzyłam mąkę, cukier i resztę składników i zaczęłam zarabiać ciasto mikserem, czytając w międzyczasie dalszą część przepisu. I nagle zamarłam w bezruchu: tam było napisane, że ciasto musi się schłodzić przez noc w lodówce! I co teraz? przecież nie powiem dziecku, że nici z pączków, bo się zapłacze. A i my się już nastawiliśmy na ten niecodzienny deser. Trudno. Włożyłam zagniecione ciasto do lodówki i gorączkowo zaczęłam wertować książki szukając przepisu na oponki, które moglibyśmy zjeść jeszcze przed dobranocką. Na szczęście znalazłam taki w kolekcji holenderskich przepisów do zbierania. Ekspresowe oponki na proszku do pieczenia. Zrobienie ich zajęło mi chwilkę i cała reszta również. Nie przesadzę, jeśli powiem, że od znalezienia przepisu do zjedzenia podwieczorku nie minęła nawet godzina!
A dzisiaj usmażyłam wczorajsze, pechowe pączki drożdżowe.
Tak więc przedstawię teraz oba przepisy i moją subiektywną ocenę obu rodzajów oponek: proszkowych i drożdżowych.
Moja ocena: bardziej nam smakowały pączki drożdżowe. Były niezwykle puchate, lekkie jak piórko, oraz wyszło ich sporo więcej niż oponek na proszku do pieczenia. Oponki na proszku również nam smakowały, też były puszyste, ale nie aż tak jak drożdżowe. Mają jednak podstawową zaletę: bardzo szybko się je robi. Jeśli ma się spory zapas tłuszczu do smażenia, to można je zrobić nawet jak goście są już w drodze do nas!

Oponki na proszku do pieczenia

Oponki na proszku do pieczenia
16 szt; ø 7 cm

50g masła
4 łyżki cukru
1 jajko
250 g mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli
1/8 l mleka

Tłuszcz i cukier utrzeć na pulchną masę, dodawać stopniowo pozostałe składniki. Ciasto rozwałkować na grubość około 1,1/2 cm. Wykroić oponki i smażyć w szerokim garnku z grubym dnem lub we frytkownicy.
Frytkownicę rozgrzać do 190°C i smażyć w oleju głębokim na minimum 6 cm na złoty kolor. Posypać drobnym cukrem z wanilią lub cukrem pudrem z wanilią.

Oponki na proszku do pieczenia

Oponki drożdżowe
27 szt; ø 7 cm

1/2 szkl mleka
1/3 szkl + 1/2 łyżki cukru
1/2 łyżki suchych drożdży
2,5 szkl. mąki
1/2 łyżeczki soli
1 duże jajko
4 łyżki roztopionego masła


Oponki drożdżowe

Do letniego mleka wsypać cukier i drożdże i zostawić w ciepłym miejscu aż się wzburzą (u mnie trwało to 30 min.). W misce wymieszać mąkę, pozostały cukier i sól. W małej miseczce rozbełtać jajko, do którego dodać 4 łyżki wody.
Do miski z mąką wlać powoli zaczyn drożdżowy i zacząć powoli miksować końcówkami do zagniatania ciasta. Później powoli wlewać jajko z wodą i letnie rozpuszczone masło. Przełączyć na maksymalną prędkość i miksować 10-15 min, aż ciasto utworzy gładką kulę. Przykryć miskę folią i włożyć na noc do lodówki (u mnie ciasto siedziało w lodówce ponad 20 godzin).
Po tym czasie wyjąć z lodówki, rozwałkować na grubość 8 -10 mm i wyciąć oponki. Ułożyć np. na blasze, którą umieścić w ciepłym miejscu na 30 min, aby oponki podrosły. Kiedyś Tatter mówiła, że tzw. „ciepłe miejsce”, to piekarnik z włączoną lampką. Od tego czasu stosuję się do tej rady. Bardzo mi przypadła do gustu!
Podrośnięte pączki smażyć w szerokim garnku z grubym dnem lub frytkownicy.
Frytkownicę rozgrzać do 190°C i smażyć w oleju głębokim na minimum 6 cm na złoty kolor. Posypać drobnym cukrem z wanilią lub cukrem pudrem z wanilią.

piątek, 19 grudnia 2008

Chleb świąteczny z Maroka




Zaczyna się już 12 edycja Weekendowej Piekarni. Trochę się pospieszyłam i już dzisiaj upiekłam chlebek weekendowy. Ale piątek to już weekend, prawda?
Nie wiem, czy tak miał wyjść, czy nie, w każdym razie mój chlebek (a raczej dwa) są bladziutkie. Mąż powiedział, że specjalnie mają taki kolor, żeby odbijały światło słoneczne na pustyni marokańskiej :) Chlebki są bardzo dobre w smaku i mają delikatny żółty odcień od maki kukurydzianej. To właściwie takie bułki wieloziarniste. Zamiast sezamu dałam siemię lniane, bo nie miałam akurat sezamu.
Dziękuję Agatce za przepis, bo to Ona tym razem wybierała temat pieczenia.



Przepis cytuję za Agatką:

Chleb świąteczny z Maroka (2 bochenki)

* 375g mąki pszennej
* 115g mąki kukurydzianej
* 2 łyżeczki soli
* 150 ml ciepłego mleka z wodą (1:1)
* 3 łyżki pestek dyni + 2 łyżki na wierzch
* 3 łyżki ziaren słonecznika
* 1 łyżka sezamu

Rozczyn
* 150 ml ciepłej wody
* 1 łyżeczka cukru
* 2 łyżeczki suszonych drożdży

Do pieczenia: blacha wyłożona papierem do pieczenia oprószonym mąką.

Przygotować rozczyn: drożdże wymieszać z wodą i cukrem, odstawić na 15 minut.
Do dużej miski wsypać obydwie mąki i sól. Wlać rozczyn, wymieszać i dolewając stopniowo mleka z wodą, wyrobić miękkie ciasto. Wyłożyć na blat i wygniatać ok. 5 minut.
Dodać pestki dyni, słonecznik i sezam. Wygniatać jeszcze 5 minut, aż ciasto będzie gładkie i elastyczne.
Podzielić ciasto na 2 części, a każdej uformować kulę średnicy ok. 15 cm i lekko spłaszczyć (spłaszczając wgnieść delikatnie pozostałe pestki dyni). Ułożyć na przygotowanej blasze. Przykryć folią spożywczą i odstawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce na 60-90 minut. Chleb jest gotowy do pieczenia, gdy przyciśnięty palcem natychmiast wraca do swojego kształtu.
Piec w temperaturze 200 stopni przez 12 minut. Obniżyć temperaturę do 150 stopni i piec chleb jeszcze 20-30 minut. Bochenki będą gotowe, gdy po puknięciu będą wydawały głuchy odgłos.

środa, 17 grudnia 2008

Panna cotta z rabarbarem i truskawkami



Na przekór pogodzie i porze roku, przygotowałam deser z owocami wczesnoletnimi. Rabarbar i truskawki zajmują dość pokaźną część mojej zamrażarki. Z reguły piekę tartę i używam ich w równych ilościach od jej obłożenia. Niezbyt przepadam (zarówno ja, jak i domownicy) za upieczonymi truskawkami oraz rabarbarem osobno, ale gdy połączę oba smaki powstaje coś wspaniałego!
Dzisiaj natomiast miałam ochotę na coś, co nie byłoby ciastem. Wpadłam na pomysł użycia mojego „tartowego duetu” w panna cottach. Okazało się, że mieszanka truskawki-rabarbar sprawdza się tutaj znakomicie!




Panna cotta z rabarbarem i truskawkami
forma silikonowa na 6 małych brioszek + 1 mała porcja

100 g truskawek
100 g rabarbaru
100 ml mleka
250 ml śmietany kremówki
5 „średniokopiastych” łyżek cukru pudru
4 łyżeczki żelatyny
4 łyżki zimnej wody

Owoce rozmrozić (w sezonie oczywiście świeże owoce). Zagotować i gotować 5 min. na małym ogniu. Następnie przetrzeć przez sito i odstawić.
Do kubka wlać wodę i wsypać żelatynę. Odstawić na 10 min.
Śmietanę zagotować z mlekiem i cukrem. Zestawić z palnika, dodać żelatynę i dobrze wymieszać. Wlać do musu owocowego i rózgą - mątewką wymieszać. Wystudzić. Rozlać do foremek i włożyć na kilka godzin (min.5 godzin) do lodówki.

niedziela, 14 grudnia 2008

Sucharki w wersji de luxé



...zrobiłam je trzy tygodnie temu. Były to pierwsze ciasteczka pachnące Świętami jakie zrobiłam w tym roku oraz pierwsze, do jakich kiedykolwiek dodawałam bułkę tartą. Chrupiemy je sobie do dziś i pewnie, gdybyśmy tylko mogli się od nich trzymać z daleka, przetrwałby z powodzeniem do Wielkanocy;). Takie są trwałe!
Te ciasteczka, to taka „wypasiona” wersja sucharków. Twarde (z wyjątkiem tych jedzonych na ciepło prosto z piekarnika), zawierające dużą ilość bułki tartej i mielonych migdałów, nie miękną z czasem, ale za to, przechowywane w szczelnej puszce dopiero po pewnym czasie uwydatniają cały swój aromat przyprawy do piernika i skórki cytrynowej. Te sucharki bardzo mnie intrygują, ponieważ z czymś mi się kojarzą - ich smak i zapach - ale do tej pory nie odkryłam z czym. Może jadłam coś podobnego będąc kilkulatką i już nie pamiętam? Zastanawiałam się również, czy to może ta bułka tarta? Jak byłam mała, moja babcia robiła często knedle ze śliwkami, które potem posypywała cukrem i przyrumienioną bułką tartą. Uwielbiałam je, lecz sama nigdy ich nie robiłam. Może właśnie z tym mi się kojarzą te ciasteczka - sucharki? Nie wiem. Im dłużej nad tym myślę, tym bardziej jestem zakręcona. Ale wiem jedno. Że kojarzą się z czymś bardzo miłym!

Inspiracją były ciasteczka zaczerpnięte z holenderskiej "fiszki" do kolekcjonowania przepisów kulinarnych. Zbierałam je kiedyś co miesiąc, ale kiedyś w końcu trzeba było przestać ;)



Ciasteczka - sucharki

125 g mąki
125 g mielonych migdałów
125 g bułki tartej
125 g masła
125 g cukru
1 łyżeczka przyprawy do piernika
szczypta soli
1 jajko
1 łyżeczka startej skórki cytrynowej
lekko ubite białko i cukier do posypania ciastek


Wszystkie suche składniki wymieszać.
Masło zmiksować na puch z solą i skórką cytrynową. Do masła dodać suche składniki i zmiksować mikserem z końcówką do wyrabiania kruchego ciasta. Następnie masę wyłożyć na blat i ugnieść kulę. Zawinąć w folię i włożyć do lodówki na pół godziny. Wyjąć na posypany mąką blat i rozwałkować na grubość 4 -5 mm. Wykrawać ciasteczka.
Piekarnik nagrzać do 200°C. Ciasteczka układać na blasze do pieczenia, posmarować białkiem i posypać cukrem. Piec około 10 min, aż nabiorą złotego koloru.



sobota, 13 grudnia 2008

Chleb pełnoziarnisty pszenny z polentą




Tym razem, już po raz drugi w ramach Weekendowej Piekarni nr 11 piekłyśmy chleb na zakwasie wybrany przez Margot. Bardzo smaczny i lekko słodki od melasy. Upiekłam go w formie keksowej. Bałam się, że wyjdzie mi za płaski, ponieważ ciasto było dość luźne.

Przepis podaję za Margot:




Chleb pełnoziarnisty pszenny z polentą (kaszką kukurydzianą)
Jeden bochenek 1500g


Soaker- namaczanka
200 g polenty (kaszki kukurydzianej)
200 g mąki pszennej pełnoziarnistej (typ 2000)
300 g wody
Ciasto
200g mąki pszennej pełnoziarnistej
50g wody
16g soli
550 g pszennego zakwasu z pełnoziarnistej mąki -100% hydracji
cały soaker – namaczanka
80g melasy


Wykonanie
1. W misce połączyć wszystkie składniki soakera – namaczanki, nakryć i zostawić na 8 godzin.
2. Tym samym czasie warto przygotować potrzebny do pieczenia tego chleba zakwas o hydracji 100%. Do tego chleba będzie nam potrzebne 275 g maki pszennej pełnoziarnistej typ 2000 i 275 g wody, oraz 1-2 łyżki zakwasu, wymieszać – nakryte zostawić na ok. 8 godzin.
3. Połączyć wszystkie składniki ciasta ręcznie, aż dobrze się połączą. Ilość wody dostosować do konsystencji ciasta.
4. Wyrabiać ciasto ok. 10 minut, ciasto będzie lepkie i raczej mało elastyczne.
5. Przełożyć ciasto do miski, włożyć do foliowej torebki i odstawić do rośnięcia na 1 godzinę i 45 minut – złożyć raz ciasto po 50 minutach. Ciasto powinno powiększyć objętość o około 50 %.
6. Z wyrośniętego ciasta zrobić kulę, nakryć i odstawić na odpoczynek na 25 minut.
7. Ukształtować okrągły bochenek i ułożyć go złączeniem do spodu na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Naciąć raz chleb przez środek ostrym nożem czy żyletką.
8. Zostawić nakryty lub włożony do torebki foliowej do rośnięcia na 45 minut.
9. Tymczasem rozgrzać piekarnik z kamieniem do pieczenia do temperatury 220°C.
10. Wyrośnięty chleb piec z parą 10 minut, a kolejne 45 bez pary. Następnie wyłączyć piekarni i pozostawić chleb w lekko uchylonym piekarniku na 15 minut.
11. Wyjąć i wystudzić na kratce.

piątek, 12 grudnia 2008

Uber Amazing Blog


Dzisiaj rano zostałam nominowana przez Tilianarę do Uber Amazing Blog. Jestem niezmiernie szczęśliwa i zaszczycona. To wyróżnienie mobilizuje mnie do rozwijania się kulinarnie (literacko i fotograficznie również ;), poszukiwania ciekawych smaków, przepisów i dzielenia się nimi z Wami. Cieszę się, że kucharzenie jest pasją tak wielkiej liczby osób i, że dane jest mi czerpać inspiracje z Waszych talentów kulinarnych. Chciałabym, aby mój blog w przyszłości choć w części dorównywał treścią, przepisami i zdjęciami blogom, które wyróżniłam.
Zasady zabawy:
Uber Amazing Blog jest przyznawana osobom, które:

* inspirują Ciebie;
* przedstawiają zdumiewające, niesamowite informacje;
* mają dużo do poczytania;
* zawierają zdumiewające projekty;
* są jakieś inne powody, dla których sądzisz, że są niesamowite.

Zasady przyznawania tego wyróżnienia są następujące:

* należy umieścić logo na swoim blogu;
* należy wyznaczyć przynajmniej 5 blogów (może być więcej), które są dla Ciebie Uber Amazing (Super Zdumiewające)
* należy powiadomić wyróżnionych, że otrzymali nagrodę Uber Amazing Blog, przez wpisanie komentarza na ich blogach;
* podać link do bloga i osoby, która otrzymała nagrodę-wyróżnienie od Ciebie.

Wyróżnione przeze mnie blogi w kolejności alfabetycznej:

Agnieszka z blogu Moja Kuchnia nad Atlantykiem. Jej blog (i Bei) odkryłam jako pierwszy w sieci ponad rok temu i stał się dla mnie inspiracją do stworzenia swojego własnego blogu. Ponadto dziękuję Agnieszce za wspaniałe relacje z podróży.

Bea z blogu Moja Kuchnia. Jak już wspomniałam równocześnie trafiłam na blog Bei i Agnieszki. Bea również swoim pięknym blogiem przyczyniła się do tego, że zaczęłam pisać swojego bloga. Oprócz tego u Bei znajduję cenne informacje o warzywach i zdrowym odżywianiu.

Liska z blogu White Plate. Dziękuję za piękne teksty, za wrażliwość i cudowne zdjecia.

Majana z blogu Majanowe Pieczenie. Dziękuję Jej za propagowanie kucharzenia z dziećmi oraz za ogrom ciepła, którym mnie opatula zawsze, cokolwiek ugotuję lub upiekę. Jest dla mnie promyczkiem słońca na każdy dzień.

Margot z blogu Kuchnia Alicji. Dziękuję za dzielenie się pasją pieczenia chleba i za to, że mnie ją zaraziła. Również za wspaniały pomysł Weekendowej Piekarni. Nie sądziłam, że wspólne pieczenie na odległość może przynieść tyle frajdy :)

Tilianara z blogu Kuchnia Szczęścia. U niej jest prawdziwa pasja i radość tworzenia nowych, niepowtarzalnych potraw. Jest to wprost namacalne. Prawdziwa Kuchnia Pełna Szczęścia.

wtorek, 9 grudnia 2008

Bardzo zdrowy chlebek bananowy :)







... taki rym z okazji Bananowej Kuchni:))) zorganizowanej przez Myszę Klapsiarę.
Jak już kiedyś pisałam lubimy jeść słodkie śniadania. Mamy swoje ulubione dania śniadaniowe. W weekendy zwykle naleśniki lub tosty francuskie, a w dni powszednie szybkie tosty z tostera lub chrupki z mlekiem. Te ostatnie upodobało sobie nasze dziecko. W swojej ulubionej misce z Kubusiem Puchatkiem i Tygryskiem codziennie przed szkołą chrupie Nesquik, Ciniminis i tym podobne. Nie powiem, żeby to było dla mnie niewygodne;))) Tym bardziej, że niedawno Krzyś opanował trudną sztukę przechylania kartonu z mlekiem ostrożnie i powoli, nie zalewając przy tym całej kuchni. Robi więc sobie śniadanie praktycznie sam:)
Ale jak każda mama cierpię na manię uszczęśliwiania własnego dziecka. Uważam, że czasami mógłby zjeść coś innego co da mu energię, aby z ochotą zacząć codzienne zajęcia i co byłoby zdrowe (z całym szacunkiem dla chrupek śniadaniowych, ale tak do końca to nie jestem do nich przekonana, szczególnie gdy są jedzone 20 razy w miesiącu)
Przeglądając moje książki z przepisami znalazłam chlebek bananowy wypełniony dobrodziejstwami aż po same brzegi. Jest tu mąka razowa, płatki owsiane, zarodki pszenne, rodzynki i oczywiście banany.
Cieszę się, że upiekłam taki chlebek, bo mam poczucie, że jemy coś, co jest prawdziwą bombą witaminowo-błonnikową. Oprócz tego znalazłam sposób, aby Krzyś jadł banany, bo te owoce „w realu” przyprawiają go o gęsią skórkę.
Tak więc przez ostatnie parę dni nasze śnaidania, to pajda chlebka bananowego i szklanka mleka (lub kawy) i do boju!
Mój chlebek wyszedł niski, bo piekłam w zbyt długiej keksówce - miała 30 cm.
Przepis pochodzi z książki „Food For Sport”.





Chleb bananowy
Keksówka 700 gramowa

75 g masła lub margaryny
125 g cukru muscovado
2 jajka
3 banany
25 g rodzynek
150g mąki pszennej razowej
75 g zarodków pszennych
50 g płatków owsianych (dałam błyskawiczne)
2 łyżeczki proszku do pieczenia


Utrzeć masło lub margarynę z cukrem aż masa będzie puszysta. Banany zmiksować i dodać do masła razem z rodzynkami i jajkami. Wymieszać do połączenia się składników.
W drugiej misce wymieszać mąkę, zarodki pszenne, płatki owsiane i proszek do pieczenia. Stopniowo wsypywać mieszankę do masy maślano-bananowej i wymieszać drewnianą łyżką.
Foremkę wyłożyć papierem do pieczenia i umieścić w niej ciasto, najlepiej łyżką bo jest dość gęste.
Piekarnik nastawić na 180°C i piec około 45-50 min. Chleb kroić całkowicie wystudzony.

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Ribollita



Jestem świeżo po lekturze książki Frances Mayes „Pod słońcem Toscanii”.
Jest to piękna, ciepła książka, tym milsza, że czytana, gdy za oknem szaro i zimno. Dodatkowo okraszona przepisami na mniej lub bardziej toskańskie przysmaki.
Autorka opisuje swoją historię. Jak kupiła zrujnowany dom we Włoskiej Toskanii, jak go odnawiała, jak poznawała miasteczka Toskanii, szczególnie pobliską Cortonę, gdzie życie toczy się spokojnie i beztrosko, jest jakby oderwaniem się od rzeczywistości, najlepszą terapią antystresową.
Czytając książkę miałam wrażenie, że jestem tam z autorką. Siedzę na tarasie pijąc wino, chodzę po ogrodzie z koszykiem ścinając zioła i szparagi na kolację, zrywam oliwki z drzewa, chodzę na targ kupić pomidory i brzoskwinie nieprawdopodobnie dojrzałe i soczyste. A później gotujemy razem proste, aromatyczne dania, eksperymentujemy z przyprawami, z nowymi smakami...

Przepisy zawarte w książce czasami intrygują, a czasami zasiewają ziarno niepewności, czy danie aby na pewno nie zawiera błędów. Bo np. ciasto pieczone w temp. 90°C to chyba jakaś pomyłka?
Ale wśród przepisów znalazło się kilka, które zamierzam wypróbować. Jeden z nich, z niewielkimi zmianami już przetestowałam. Była to ribollita - gęsta zupa z białą fasolą, chlebem i warzywami. Jak mówią Toskańczycy „zupa podnosząca na duchu”, czyli w sam raz na jesienno - zimową szarugę.
Ilość składników zmniejszyłam o połowę, a i tak wyszedł duuuży garnek zupy!

Ribollita


0,5 kg białej fasoli (dałam 0,25 kg.)
2 cebule (dałam jedną)
6 marchwi (dałam 3)
4 łodygi selera naciowego (dałam 2)
główka chińskiej kapusty lub burak (dałam 1 średni burak)
4-5 ząbków czosnku (nie dałam wcale)
3 duże pomidory lub puszka przecieru (dałam 0,75 słoiczka przecieru pomidorowego)
pęczek pietruszki (myślę, że potrzeba tyle ile kto lubi)
opcjonalnie - piętka permigiano (nie dałam, ale następnym razem dodam)
bulion warzywny

Fasolę wypłukać, zalać wodą w dużym garnku i zagotować. Zaraz zdjąć z ognia, zostawić na 2 godziny. Dolać wody (dałam 1,5 l) i trzymać na wolnym ogniu, ale nie dopuszczać do wrzenia przez około godz.
Warzywa pokroić w kostkę. W dużym garnku na oliwie usmażyć cebulę i marchew, po kilku minutach dodać seler i buraka, dolewając oliwę w miarę potrzeby. Dusić 10 min. Dodać fasolę, pokrojone pomidory lub przecier, pomieszać. Teraz dodać też ser, jeśli używamy. Dolać bulion warzywny, aby powstała zupa. Doprowadzić do wrzenia, a następnie zmniejszyć ogień i gotować do miękkości warzyw. Gdy warzywa będą miękkie dodać pokrojony w kostkę chleb, wyłączyć palnik i zostawić tak na parę godzin, aby zupa się przegryzła.
Przed podaniem posypać posiekaną natka pietruszki i posypać startym permigiano.
Jak podaje książka następnego dnia można dorzucić resztki makaronu, zieloną fasolę, katrofle...

czwartek, 4 grudnia 2008

Mini keksy



Keks od zawsze kojarzył mi się ze świętami. Było to jedno z tych ciast, których nie mogło zabraknąć na świątecznym stole. Suszone owoce i orzechy, to coś, co najlepiej smakuje właśnie w tym czasie.
Spośród wielu przepisów na keks, które zgromadziłam, jest jeden, trochę inny. Inny, ponieważ występuje pod postacią muffinek. Oryginalny i bardzo praktyczny sposób na keks. Praktyczny, bo muffinki świetnie nadają się do zabrania na drugie śniadanie. Te są pożywne, dzięki zawartości owoców i orzechów. Dałam jedną mojemu dziecku do szkoły zamiast kanapki i pierwszy raz od dłuższego czasu zjadł całe śniadanie w szkole!
Zrobiłam je na próbę przed świętami, ale z pewnoscią powtórzę ten wypiek!
Część muffinek udekorowałam lukrem cytrynowym, którym zachwyciłam się u Majany i u Edysi.
Przepis pochodzi ze strony Joy Of Baking

Mini keksy
12 muffinek

350 g mąki
150 g cukru
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki sody
1/4 łyżeczki soli
skórka starta z 1 pomarańczy
1 duże jajko
180 ml maślanki
160 ml oleju
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
2 szklanki ulubionych bakalii ( ja dałam 1/2 szkl orzechów włoskich i resztę mieszankę keksową z Bakallandu)

Mąkę, cukier, proszek, sodę, sól i skórkę pomarańczową wymieszać w jednej misce. W drugiej wymieszać resztę składników oprócz bakalii. „Mokre” składniki z drugiej miski wlać do suchych, dodać bakalie i delikatnie wymieszać do połączenia się wszystkiego. Masa jest bardzo, bardzo gęsta.
Formę muffinkową wyłożyć papilotkami i łyżką do lodów nakładać porcje ciasta do każdego wgłębienia.
Piec w temp. 190°C przez około 20 min. Wystudzić na kratce. Można polukrować.

Lukier cytrynowy

1 łyżka soku z cytryny
1 łyżka ciepłej wody
175 g cukru pudru


Składniki lukru dokładnie rozmieszać i lukrować wystudzone keksy.

poniedziałek, 1 grudnia 2008

Black Bottom Tart




Na tegoroczne urodziny męża i moje imieniny (wyprawiamy zawsze razem, bo wypadają prawie jednocześnie) zrobiłam ciasto - tort, które odkryłam w zeszłym roku - Black Bottom Tart. Oglądałam wtedy program kulinarny Marthy Stewart, w którym robiła właśnie ten deser. Byłam pod ogromnym wrażeniem! Tort (tak bym nazwała to ciasto) prezentował się przepięknie, jak z najlepszej cukierni, a wszystkie warstwy wydawały się współgrać ze sobą koncertowo! Postanowiłam wtedy, że zrobię ten tort na nasze urodzino - imieniny. Mimo, że pozmieniałam sporo, byłam bardzo zadowolona z efektu! Idealna harmonia smaków, niezwykła lekkość kremu, całość nie za słodka, a i wizualnie prezentuje się nienajgorzej. W okrągłym „pudełku” z kruchego ciasta znajdują się warstwy: najpierw bardzo ciemna czekoladowa - tytułowa „Black Bottom”, później kremowa (w kolorze, smaku i konsystencji), na końcu biała - ubita śmietana kremówka bez cukru. Na samej górze kontrastowe wiórki z ciemnej czekolady.
Robiłam go od tamtej pory kilkakrotnie, a ostatnio jedliśmy go w tą niedzielę. Przepis jest dość długi, ale wykonanie bardzo proste. Oryginał znajduje się tutaj, a ja podaję poniżej wersję z moimi zmianami. Przede wszystkim robię inne kruche ciasto i daję więcej żelatyny, bo po pierwszej próbie (trzymając się przepisu) krem był bardzo lejący. Nadawał się, owszem, ale do pucharków jako deser, a nie do ciasta :)
Nie nazwę mojej wersji Black Bottom Tart, bo zbyt odbiega od oryginału, niech to będzie więc:





Tort urodzinowo - imieninowy
forma do tarty ø 23 cm

Ciasto:
15 dkg mąki krupczatki
10 dkg zimnego masła
4 łyżki cukru pudru
1 żółtko
1 łyżka gęstej, kwaśnej śmietany


Zagnieść szybko kruche ciasto. Włożyć na minimum 1 godz. do lodówki. Rozwałkować i wylepić formę po same brzegi. Ja używam takiej z wyjmowanym dnem. Ciasto przykryć folią aluminiową i wysypać fasolą, aby dobrze trzymało kształt. Piec ok. 20 min w temp. 180°C na złoty kolor. Usunąć folię z fasolą i jak trzeba, to podpiec jeszcze chwilę. Wystudzić.

Krem:
90 g. czekolady mlecznej
100 g czekolady gorzkiej + ok. 50 g do dekoracji
2,5 łyżeczki żelatyny
1,5 szkl. mleka
3/4 szkl. cukru
3 jajka (świeże i z pewnego źródła!)
1,5 łyżki mąki ziemniaczanej
esencja waniliowa
200 ml śmietany kremówki

1. Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej. Odstawić.
2. 1,25 szkl. mleka zagotować z 0,25 szkl. cukru.
3. 3 żółtka, 0,25 szkl. cukru, 1,5 łyżki mąki i 0,25 szkl. mleka wymieszać dokładnie mątewką lub mikserem.
4. Ubitą masę wlać do gorącego mleka z cukrem i ciągle mieszając doprowadzić do wrzenia. Zdjąć z ognia i odlać 0,75 szkl. Połączyć to z rozpuszczoną czekoladą. Wystudzić.
5. Resztę kremu połączyć z rozpuszczoną żelatyną (rozpuszczanie żelatyny: 2,5 łyżeczki żelatyny wsypać do miseczki z 2,5 łyżki zimnej wody i odstawić na 10 min. po tym czasie zrobi się coś w rodzaju pasty), dodać esencji waniliowej i wystudzić.
6. W czasie gdy krem stygnie, na spodzie ciasta rozprowadzić masę czekoladową i włożyć do lodówki aby stwardniała
7. Gdy krem mleczno - jajeczny będzie już zimny, ubić białka na sztywną pianę dodając resztę (0,25 szkl.) cukru. Delikatnie wymieszać krem z białkami. Włożyć do lodówki, a gdy zacznie troszkę tężeć, wylać krem na masę czekoladową. Zostawić na noc w lodówce.
8. Następnego dnia ubić śmietanę kremówkę (bez cukru) i równomierne rozsmarować ją na cieście.
9. Posypać wiórkami zrobionymi z czekolady. Nie wiem jak się to robi fachowo, ale ja rozpuściłam czekoladę i wylałam ją na granitowy blat. Rozsmarowałam cieniutko nożem i zostawiłam, aby zastygła. Później, gdy skrobałam nożem tą czekoladę, wychodziły ładne wiórki.
10. Gotowy tort włożyć ponownie do lodówki.